Jesień momentami postanawia mi dokopać (no
wiem, jak każdemu) i wzbudza podejście w stylu: dzisiaj chyba nie jest mój
dzień. Albo tydzień. Dokładnie tak, jak teraz. Dziś nie bardzo wyszło mi bieganie,
średnio idzie mi pisanie, skupienie uwagi zdaje się graniczyć z cudem. Dobrze
wychodzi mi spanie i przesłuchiwanie starych playlist (przy okazji, playlisty
niedługo wrócą na bloga – za dużo odkrywam świetnych kawałków, żeby się nimi
nie podzielić). Ogólnie, ku uciesze bardzo wrażliwych na dźwięk sąsiadów (podejrzewam,
że również przechodniów), dziś zajmuję się testowaniem wytrzymałości głośników
i planowaniem czym zajmę się, kiedy przestanie mi się nie chcieć. A żeby nie spędzić całego dnia
kiwając głową w rytm (head banging to
dziś moja ulubiona aktywność) i bronić się przed stwierdzeniem, że jedyną
produktywną rzeczą, jaką dziś zrobiłam, było ugotowanie kompotu, postanowiłam
przygotować jedzeniowy post, z którego tak troszkę, troszkę jestem dumna, z
jednej prostej przyczyny – to pierwszy mój
przepis, tak od początku do końca.