Kiedyś
przechodziłam bardzo niepokojącą fazę – moim celem była szafa wypełniona
sezonowymi hitami z H&M’u i masą ciuchów z sieciówek, jakie nosiła
większość dziewczyn na ulicach. W końcu jak wszyscy, to wszyscy! Mało tego,
wizualizowałam to sobie jako moją wymarzoną garderobę – kiepskiej jakości ubrania
i sztuczne świecidełka, które wtedy wydawały mi się unikatowe (teraz trochę się
wzdrygnęłam pisząc to zdanie). Stopniowo zaczęłam wychodzić z tego niepokojącego
stanu i znajdować rzeczy oryginalne, piękne, z naturalnych materiałów, zrobione
w Polsce. To nie znaczy, że zrezygnowałam z białych t-shirtów z H&M – to
duży komfort wejść do sklepu i chwycić wieszak z koszulką, której nie trzeba
ani mierzyć, ani zastanawiać się nad jej zakupem, bo to czwarta sztuka tego
samego modelu kupiona w ciągu dwóch lat, która jest nam zwyczajnie potrzebna. Znaczy
to mniej więcej tyle, że moje priorytety i ubraniowe wizje uległy poważnym zmianom,
a pojęcia „oryginalny”, „wygodny”, „uniwersalny” i „wart swojej ceny” zostały
zupełnie przedefiniowane.