Strony

Showing posts with label september. Show all posts
Showing posts with label september. Show all posts

Sunday, November 01, 2015

Lands of narrow streets - stop 2, Wrocław



After Cracow, it was Wrocław time. The city I wasn’t able to get along with. Every time I visited, it felt awkward. Sometimes I even thought I gained some warm feelings for that place but that was never it. I assume it was the result of lack of understanding. I did not understand that city. I did realize it was beautiful. I did realize some particular districts were breathtaking and the architecture seemed extremely interesting (in a positive way). Still, I wasn’t able to feel enthusiastic about that destination.
Do you know what was the factor that convinced me eventually? Details. Spending afternoon in a cafe and sipping sangria because I will never stop loving such hidden spots, coconut brownie and three hippos from Wrocław zoo. When I found a cheap book store, my euphoria was justified. The simplest things helped me to sense that atmosphere I looked for. The details that made me feel well in general. The main square seemed more interesting, people more friendly and the city more alive. Thanks to those little factors it all stopped being strange. Wrocław is still not my favourite place in the world, although, that complete lack of understanding is past now.

Po Krakowie czas na Wrocław. Miasto, do którego długo nie mogłam się przekonać. Z każdą wizytą wydawało mi się, że nabrałam już trochę sympatii, jednak to ciągle nie było to. To wszystko wynika chyba z pewnego niezrozumienia. Nie rozumiałam tego miasta. Wiem, że jest piękne. Wiem, że Ostrów Tumski jest naprawdę niesamowity, a architektura zastanawiająca (w tym bardzo pozytywnym znaczeniu), a mimo to, jadąc tam, nie byłam w stanie obudzić w sobie większego entuzjazmu.
Wiecie co mnie przekonało? Detale. Siedzenie w Czeskim Filmie (bo knajpy w bramach starych kamienic nigdy mi się nie znudzą), kokosowe brownie w Literackiej i hipopotamy w Afrykarium (nazwałam je Stefanek, Alfred i Iwonka – wierzcie mi, że imiona do nich pasowały). Znalezienie taniej księgarni na Ruskiej oznaczało już pełnię szczęścia. Z każdym „jak ja to zawiozę do domu?” banan na twarzy był coraz wyraźniejszy. Najprostsze rzeczy, ale pozwoliły poczuć klimat. Szczegóły, które sprawiły, że na ogół patrzy się przychylniej. Nagle Rynek wydawał się znacznie bardziej interesujący niż poprzedniego dnia, ludzie przychylniejsi, a miasto wieczorem naprawdę „żywe”. Dzięki takim małym rzeczom, miejsce przestaje być obce. Wrocław ciągle nie jest moim ulubionym miejscem na świecie, ale początkowe niezrozumienie zostało już solidnie zażegnane. 























Tuesday, October 13, 2015

Lands of narrow streets - stop 1, Kraków



Luckily, September was a month of packed suitcases and changing trains (which means the best possibile way of spending time). Right now, when I’m laying comfortably on a couch after a splendid dinner, I’m finalny having time to write down what had actually happened.
Our travelling plans had been changing constantly. Cracow was the only sure point on our list after leaving Tatra mountains. We aimed to head to Budapest. Then changed the plan in favour of Wrocław. Then made our minds up again and decided Prague was a destination. Then headed to Wrocław eventually. The tour was planned. Narrow street had awaited us.
When travelling to places I had already known or at least visited before, what I felt was a peace of mind. First time in a city usually equalls relishig with its atmosphere and also a full schedule, especially when every corner hides a story and almost every building seems to be a landmark. In Cracow, I was done with that kind of sighseeing. This time the trip meant walking down the Old Town, observing, taking pics and wondering where to eat (georgian food on the main market was a jackpot).
I think that most phrases I could use in this moment have been already written by someone else who also fell in love with this city. I don’t think I know anyone who didn’t. City center which is always lively, dozens of climatic corners and, most importantly, so many narrow streets…

Wrzesień szczęśliwie ubiegł mi pod znakiem spakowanej walizki i ciągłych przesiadek, czyli w najlepszej możliwej formie. Siedząc teraz na kanapie po fantastycznej kolacji, jednym okiem oglądając wieczorny film, mogę w końcu opisać co i gdzie się działo.
Nasze wyjazdowe plany zmieniały się wielokrotnie. Po Tatrach miał być Kraków – jedyny pewny punkt na liście. Zaraz po nim postawiłyśmy na Budapeszt. Później jednak na Wrocław. A potem na Pragę. W końcu znowu na Wrocław. Wąskie, brukowane uliczki czekały.
Jadąc do miejsc, które znałam albo przynajmniej odwiedzałam wcześniej, czułam ogromny komfort. Pierwszy raz w danym miejscu, szczególnie takim, gdzie każdy zakamarek kryje historię, a zabytki stoją dosłownie jeden na drugim, zazwyczaj oznacza zachłyśnięcie się jego klimatem, atmosferą, a najczęściej też napiętym planem zwiedzania. W Krakowie miałam to już za sobą. Tym razem czekały mnie dwa dni spacerowania ulicami Starego Miasta, obserwowania, robienia zdjęć (chyba dorównałam japońskim turystom) i obmyślania ‘gdzie dzisiaj iść na obiad’ (będąc na rynku nie omijajcie Gruzińskiego Chaczapuri – nie jest odpowiednie dla tych, którzy unikają glutenu czy węglowodanów, ale ci, którzy cenią sobie dobre jedzenie odnajdą się).
Czego bym teraz nie napisała, i tak mam wrażenie, że ktoś już wcześniej powiedział o Krakowie coś podobnego. Głównie dlatego, że nie znam nikogo, kto by się w nim nie zakochał. Wiecznie żywy rynek, klimatyczna mieszanka i, co najważniejsze, dziesiątki wąskich uliczek…