Strony

Showing posts with label travel. Show all posts
Showing posts with label travel. Show all posts

Tuesday, July 19, 2016

Places to see in London - British Museum



Liczba folderów ze zdjęciami, które chcę Wam pokazać i długość listy postów, jakie zamierzam opublikować, od jakiegoś czasu rosły powoli, acz systematycznie. Taaa, zaczęłam się już zastanawiać czy w ogóle się do tego zabiorę. Szczęśliwie za oknem leje (to zawsze trochę pomaga mi się skupić), w słuchawkach nareszcie mam odpowiednią muzykę (nie ma nic gorszego, niż ten stan kiedy żaden kawałek mi nie podchodzi), a ja w końcu, mówiąc bezpośrednio, przykleiłam tyłek do krzesła i zamiast mówić, że chcę coś zrobić, zaczęłam to robić. Tą drogą dochodzimy do pierwszej partii zdjęć z Londynu.
Jadąc tam w maju na kilka dni prawdopodobnie po raz pierwszy w życiu zaplanowałam, co chcę zobaczyć (no, przynajmniej w jakimś stopniu). I co? Chwilę po przyjeździe plan uległ zmianie - pogoda przywitała nas iście po angielsku. Prosto z lotniska, z krótkim przystankiem w przechowalni bagażu, trafiliśmy do British Museum – dla mnie, estetycznego raju. Co sprawiło, że tak myślę?

Sunday, November 01, 2015

Lands of narrow streets - stop 2, Wrocław



After Cracow, it was Wrocław time. The city I wasn’t able to get along with. Every time I visited, it felt awkward. Sometimes I even thought I gained some warm feelings for that place but that was never it. I assume it was the result of lack of understanding. I did not understand that city. I did realize it was beautiful. I did realize some particular districts were breathtaking and the architecture seemed extremely interesting (in a positive way). Still, I wasn’t able to feel enthusiastic about that destination.
Do you know what was the factor that convinced me eventually? Details. Spending afternoon in a cafe and sipping sangria because I will never stop loving such hidden spots, coconut brownie and three hippos from Wrocław zoo. When I found a cheap book store, my euphoria was justified. The simplest things helped me to sense that atmosphere I looked for. The details that made me feel well in general. The main square seemed more interesting, people more friendly and the city more alive. Thanks to those little factors it all stopped being strange. Wrocław is still not my favourite place in the world, although, that complete lack of understanding is past now.

Po Krakowie czas na Wrocław. Miasto, do którego długo nie mogłam się przekonać. Z każdą wizytą wydawało mi się, że nabrałam już trochę sympatii, jednak to ciągle nie było to. To wszystko wynika chyba z pewnego niezrozumienia. Nie rozumiałam tego miasta. Wiem, że jest piękne. Wiem, że Ostrów Tumski jest naprawdę niesamowity, a architektura zastanawiająca (w tym bardzo pozytywnym znaczeniu), a mimo to, jadąc tam, nie byłam w stanie obudzić w sobie większego entuzjazmu.
Wiecie co mnie przekonało? Detale. Siedzenie w Czeskim Filmie (bo knajpy w bramach starych kamienic nigdy mi się nie znudzą), kokosowe brownie w Literackiej i hipopotamy w Afrykarium (nazwałam je Stefanek, Alfred i Iwonka – wierzcie mi, że imiona do nich pasowały). Znalezienie taniej księgarni na Ruskiej oznaczało już pełnię szczęścia. Z każdym „jak ja to zawiozę do domu?” banan na twarzy był coraz wyraźniejszy. Najprostsze rzeczy, ale pozwoliły poczuć klimat. Szczegóły, które sprawiły, że na ogół patrzy się przychylniej. Nagle Rynek wydawał się znacznie bardziej interesujący niż poprzedniego dnia, ludzie przychylniejsi, a miasto wieczorem naprawdę „żywe”. Dzięki takim małym rzeczom, miejsce przestaje być obce. Wrocław ciągle nie jest moim ulubionym miejscem na świecie, ale początkowe niezrozumienie zostało już solidnie zażegnane. 























Tuesday, October 13, 2015

Lands of narrow streets - stop 1, Kraków



Luckily, September was a month of packed suitcases and changing trains (which means the best possibile way of spending time). Right now, when I’m laying comfortably on a couch after a splendid dinner, I’m finalny having time to write down what had actually happened.
Our travelling plans had been changing constantly. Cracow was the only sure point on our list after leaving Tatra mountains. We aimed to head to Budapest. Then changed the plan in favour of Wrocław. Then made our minds up again and decided Prague was a destination. Then headed to Wrocław eventually. The tour was planned. Narrow street had awaited us.
When travelling to places I had already known or at least visited before, what I felt was a peace of mind. First time in a city usually equalls relishig with its atmosphere and also a full schedule, especially when every corner hides a story and almost every building seems to be a landmark. In Cracow, I was done with that kind of sighseeing. This time the trip meant walking down the Old Town, observing, taking pics and wondering where to eat (georgian food on the main market was a jackpot).
I think that most phrases I could use in this moment have been already written by someone else who also fell in love with this city. I don’t think I know anyone who didn’t. City center which is always lively, dozens of climatic corners and, most importantly, so many narrow streets…

Wrzesień szczęśliwie ubiegł mi pod znakiem spakowanej walizki i ciągłych przesiadek, czyli w najlepszej możliwej formie. Siedząc teraz na kanapie po fantastycznej kolacji, jednym okiem oglądając wieczorny film, mogę w końcu opisać co i gdzie się działo.
Nasze wyjazdowe plany zmieniały się wielokrotnie. Po Tatrach miał być Kraków – jedyny pewny punkt na liście. Zaraz po nim postawiłyśmy na Budapeszt. Później jednak na Wrocław. A potem na Pragę. W końcu znowu na Wrocław. Wąskie, brukowane uliczki czekały.
Jadąc do miejsc, które znałam albo przynajmniej odwiedzałam wcześniej, czułam ogromny komfort. Pierwszy raz w danym miejscu, szczególnie takim, gdzie każdy zakamarek kryje historię, a zabytki stoją dosłownie jeden na drugim, zazwyczaj oznacza zachłyśnięcie się jego klimatem, atmosferą, a najczęściej też napiętym planem zwiedzania. W Krakowie miałam to już za sobą. Tym razem czekały mnie dwa dni spacerowania ulicami Starego Miasta, obserwowania, robienia zdjęć (chyba dorównałam japońskim turystom) i obmyślania ‘gdzie dzisiaj iść na obiad’ (będąc na rynku nie omijajcie Gruzińskiego Chaczapuri – nie jest odpowiednie dla tych, którzy unikają glutenu czy węglowodanów, ale ci, którzy cenią sobie dobre jedzenie odnajdą się).
Czego bym teraz nie napisała, i tak mam wrażenie, że ktoś już wcześniej powiedział o Krakowie coś podobnego. Głównie dlatego, że nie znam nikogo, kto by się w nim nie zakochał. Wiecznie żywy rynek, klimatyczna mieszanka i, co najważniejsze, dziesiątki wąskich uliczek…















Thursday, February 26, 2015

Streets of London - Day 2


Good afternoon! I hope you all are having time as good as I'm having in this moment. There's no better thing that coming back home when being aware that what awaits you is a chores-free afternoon and there's no need to prepare anything for the next day. 
I've told you we've taken hundreds of pictures in London and I've already managed to select and get them ready to be posted. I decided to publish something every two days so here's next article. 
We started our second they in England with a visit at the Natural History Museum. We had that funny resolution to leave and start exploring the city every day around 9 am - our earliest time of leaving was a bit after 11 am I suppose. When we reached South Kensington and found Cromwell Road what waited for us was a kilometer long (I don't think I'm significantly exaggerating) queue in front of the entrance - it was Saturday, plus Valentine's Day. Luckily, half an hour later we entered 'the world of natural treasures'. I have to admit that places gives an amazing impression - the rich ceiling, stained glass-works around and giant dinosaur skeleton in the hall was just a beginning. Every room we entered was a huge surprise and a massive shot of knowledge. It was a marvelous visit, although, I found my real heaven on earth in the next building we explored - the Victoria & Albert Museum, especially their Fashion Institute. I think a kid in a toy shop wouldn't get as excited as I did when admiring all those gowns but there will be an entire post about it very soon. 
Our next destination was the Hyde Park which is, surprisingly, a symbol of London for my sister. I had been impressed by the London's architecture even sooner but when strolling toward the park every street was a real treat for my eyes. 
Our last stop that day was Tower Bridge (or London Bridge; when in London I had heard different voices. First, I was instructed to always say Tower Bridge, then another person told me 'everyone says London Bridge'). Once again, I was confronted with all the values of exploring the city in the evening or late afternoon. And what I mean are all those lights! ;) 

PS. More of the pics of outfit I wore that days soon! 


Dzień dobry! Mam nadzieję, że Wasze popołudnie mija równie dobrze jak moje - nie ma nic lepszego, niż wrócić do domu ze świadomością, że ma się czas tylko dla siebie i niczego nie trzeba przygotowywać na kolejny dzień :) Z wyjazdu przywiozłyśmy dosłownie setki zdjęć, które już udało mi się posegregować i przygotować do wrzucenia na bloga. Postanowiłam, że wpisy będą pojawiać się mniej więcej co dwa dni, więc oto kolejny z nich.
Kolejny dzień w Londynie zacząłyśmy od Muzeum Historii Naturalnej. Nasze założenie, że codziennie wychodzimy z domu i zaczynamy zwiedzanie około 9 okazało się nie mieć wiele wspólnego z tym, jak rzeczywiście to wyglądało - najwcześniej udało nam się wyjść chyba po 11. Kiedy już dotarłyśmy na South Kensington i odnalazłyśmy Cromwell Road - "ulicę muzeów" - przed Natural History Museum czekała na nas niemalże dosłownie kilometrowa kolejka - była sobota, a w dodatku Walentynki. Na szczęście pół godzinki szybko zleciało. Gmach muzeum robi naprawdę ogromne wrażenie - zdobiony sufit, witraże wokół i ogromny szkielet w holu to dopiero początek. Każda sala to kolejna niespodzianka i choć wizytę tam uważam za niezwykle udaną, to dla mnie prawdziwa gratka zaczęła się w sąsiednim budynku - Victoria & Albert Museum, a konkretnie w części poświęconej historii mody. Nawet porównanie do wizyty dziecka w sklepie z zabawkami nie oddaje mojego szczęścia wtedy, ale o tym będzie oddzielny wpis. W tym, możecie zobaczyć zdjęcia niesamowitej sali rzeźb w V&A. 
Naszym kolejnym celem był Hyde Park. Może to mało popularny pogląd, jednak moja siostra właśnie to miejsce uważa za dymbol miasta Choć architektura Londynu urzekła mnie już wcześniej, to muszę przyznać, że podczas spaceru w stronę parku każda ulica była większą przyjemnością dla oczu niż poprzednia.
Ostatnim punktem tego dnia był Tower Bridge, czy też London Bridge (co osoba, to inna opinia - początkowo słyszałam, że powinno mówić się wyłącznie Tower Bridge, a następnie dowiadywałam się, że "wszyscy mówią London"). Po raz kolejny przekonałam się, że zwiedzanie wieczorem, czy też późnym popołudniem ma swoje zalety - wszystkie te światełka! ;)

PS. Więcej zdjęć stroju z tego dnia w kolejnym poście.