Środę spędziłam w Warszawie. To była szybka
decyzja, bo od wpadnięcia na pomysł wyjazdu do kupienia biletów wstępu i na
samolot minęło może 15 minut. Plan obejmował jakieś 12 godzin – poranne
zwiedzanie i parę wolniejszych godzin w centrum. Prosto z lotniska pojechaliśmy
do Śródmieścia, a po szybkiej kawie, do Muzeum Powstania Warszawskiego, żeby stamtąd,
parę godzin później złapać metro do Kopernika. Popołudniu, idąc już w stronę
Nowego Światu, zahaczyliśmy o BUW – zdecydowanie jeden z moich ulubionych
warszawskich budynków. Jest piękny z zewnątrz, w dużej mierze porośnięty
bluszczem, ze ścianami ozdobionymi symbolami nauk i przepięknym wnętrzem
(dosłownie i w przenośni). Pierwszy raz udało mi się wejść do górnych ogrodów na
dachu biblioteki, jednak cała wizyta trwała kilka minut, gdyż „przemiły” pan
ochroniarz szybko nas pożegnał, informując, że od 1 listopada wejście na górę
jest niedostępne, a dolne ogrody zamykane są o 15.00. Dwie godziny później, po
kolacji w restauracji, gdzie pewien postawny Włoch pokrzykuje niezależnie od
tego czy wskazuje gościom miejsca, czy dziękuje za wizytę, dotarliśmy do
ostatniego przystanku – cukierni A. Blikle na Nowym Świecie.