Strony

Monday, February 27, 2017

Movie week - 4 filmy, które ostatnio obejrzałam


Raz, czasem dwa razy w roku dopada mnie ochota na filmowe maratony. Jestem wtedy przygwożdżona do łóżka i nieustannie myślę o tym, co włączę w następnej kolejności. Zwykle dzieje się to kiedy stres opada i następuje nagłe rozluźnienie, mam chwilę wolnego czasu, a odkładanie obowiązków na bok nie budzi wyrzutów sumienia. No, może nie aż tak solidnych jak zazwyczaj. Co ciekawe, często zbiega się to z sezonem oscarowym (a to niespodzianka!). Taki był właśnie ostatni weekend – czysty relaks i rankingi na filmwebie. Pobłażanie sobie w najczystszej postaci. Te dwa dni przypomniały mi o dawno zapomnianym postanowieniu, którego tym razem mam zamiar trzymać się zdecydowanie dłużej – minimum jeden nowy film w tygodniu (lista ‘do obejrzenia’ wydłuża się). Zostawiam Was z opisami czterech produkcji, które obejrzałam w ciągu ostatnich dni (w jednym przypadku – tygodni). Mamy sezon filmowy w pełni – może znajdziecie coś dla siebie, na jeszcze chłodny wieczór.



„Nocturnal Animals”

Przyznaję się, że nie widziałam jeszcze „Samotnego mężczyzny”, nie wiedziałam zatem czego spodziewać się po Tomie Fordzie w roli reżysera. Wiem, czego oczekiwać od jego kolekcji – wyszukania i elegancji – ale filmy były dla mnie zagadką. Akcja ‘Nocturnal Animals’ toczy się dwutorowo. Początkowo spotykamy zajmującą się sztuką Susan, która otrzymuje manuskrypt powieści napisanej przez jej byłego męża i to właśnie fabuła książki, w którą bohaterka się zagłębia, staje się drugą płaszczyzną filmu.
Muszę, naprawdę muszę zacząć od tego, że Amy Adams jeszcze w żadnym filmie nie wyglądała tak pięknie. Wystylizowana w nieco mrocznym, ascetycznym stylu glamour zwala z nóg. Estetyka odgrywa u Forda zdecydowanie główną rolę. Film jest niesamowicie zgrabnie skonstruowany, dopracowany do perfekcji i głęboko przemyślany. Żaden element nie wydaje się być przypadkowy, a zdjęcia tworzą mroczną głębię dającą tło obu historiom. Niesamowite jest to, że Ford potrafił stworzyć nie tylko estetycznie wyszukaną ascezę, ale też doskonale obrzydliwy klimat, w jakim osadził akcję powieści.
Z każdą sceną zarysowuje  się coraz wyraźniejsza analogia między dwoma światami, a to jak życie bohatera powieści przekłada się na losy Susan (bądź odwrotnie) staje się przygnębiające, szczególnie kiedy mamy świadomość, że autor napisał książkę inspirując się jej życiem.  
Początkowo bałam się, że cała ta produkcja cechować się będzie przerostem formy nad treścią, jednak szczęśliwie, bardzo się myliłam. Ciekawi zarówno historia, jak i to, jak reżyser przeplótł ze sobą wiele otoczeń – klimat Los Angeles, Nowego Jorku i Teksasu, a także wątek powieści. Film zdecydowanie jest wart zobaczenia, jednak trzeba liczyć się z uczuciem przygnębienia pod koniec projekcji. Całość jest wykreowana pięknie, dopracowana w każdym szczególe, ale ciężko odeprzeć wrażenie, że również wypełniona smutkiem.


„Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie”

Przywykłam do tego, że kiedy film oznaczony jest jako komediodramat, oglądając, głównie się śmieję. Tu też się śmiałam, ale tylko przez jakiś czas i nie tak głośno jak bym mogła. Mam wielką słabość do europejskiego kina. Większość francuskich komedii to dla mnie ogromna uciecha, a kiedy zobaczyłam zwiastun „Dobrze się kłamie…” pomyślałam, że niedługo mogę tak myśleć również o tych włoskich. Akcja toczy się w mieszkaniu małżeństwa, do którego na kolację przychodzą najbliżsi przyjaciele, znający się od dziecka, darzący się zaufaniem.  W trakcie wieczoru postanawiają dzielić się wszystkim co zostanie przekazane przez ich telefony – rozmowami, smsami, zdjęciami… Jak postanowili, tak robią, jednak konsekwencje zabawy szybko mijają się z oczekiwaniami. Akcja zawija się i plącze jak spaghetti, a całość jest nakręcona w stylu Woody’ego Allena. Chciałabym się więcej pośmiać oglądając, jednak co europejskie kino, to europejskie kino – obejrzałabym jeszcze raz.


„Przełęcz ocalonych”

Mam słabość do Andrew Garfielda. Serio. Odkąd zobaczyłam go w "Social Network", nawet nie chcę nic na to poradzić. A w „Przełęczy…” zaciąga jeszcze południowym akcentem i prawie non stop się uśmiecha. Mimo że kiedyś filmy wojenne wciągały mnie dużo bardziej niż teraz, a ten dodatkowo jest dość anatomiczny, to nie żałuję ani minuty oglądania. Fabuła to oparta na faktach historia Desmonda Dossa - żołnierza, który idąc na wojnę odmówił wzięcia karabinu do ręki. To nie do końca mój klimat, jednak film ma w sobie coś wciągającego. Idealny dla fanów filmów wojennych, historii opartych na faktach i lekko patetycznych, trzymających w napięciu klimatów.


„Manchester by the sea”

Będąc od wczoraj w filmowym ciągu, w pierwszej wolnej chwili włączyłam dzisiaj Manchester by the Sea (po Oscarze dla Casseya Afflecka wybór był dość prosty). Odczucia mam mieszane. Nie powiem, że czuję się jakbym zmarnowała dwie godziny, ale nie przejdzie mi też przez gardło, że było naprawdę warto. Film jest bardzo statyczny, fajerwerków tam nie znajdziecie. Fabuła jest dość złożona, nie będąc przy tym skomplikowaną, jednak nie znalazłam tam nic, dzięki czemu zapamiętałabym ten film na dłużej. Mamy ładną klamrę – historia spokojnie się rozwija, dzięki retrospekcjom zyskujemy drugą płaszczyznę, na której toczy się akcja, ale nagłych zwrotów akcji próżno szukać. Niewątpliwą zaletą jest gra Casseya Afflecka, zaryzykuję nawet stwierdzenie, że jestem w stanie zrozumieć tego Oscara. Bardzo lubię kiedy oszczędnymi wyrazami przekazuje się naprawdę wiele, a to dokładnie opisuje sposób, w jaki Affleck zbudował postać.
Mam wrażenie, że "Manchester by the Sea" można odebrać zupełnie inaczej niż ja, i że może budzić skrajne opinie, jednak dla mnie to produkcja do obejrzenia raczej dla poszerzenia filmowych horyzontów albo bycia na bieżąco z kinem. I tylko pod tym względem mogę ją polecić. No, ewentualnie jeszcze ze względu na główną rolę męską.

Informacja dla mieszkańców Trójmiasta: odkryłam niesamowite miejsce w Gdyni. Tuż obok kapitanatu, na drugim piętrze Muzeum Emigracji działa Klub Filmowy, gdzie codziennie odbywa się jedna lub dwie projekcje. Kino działa w ramach DKF-u, bilety kosztują 10 zł, a repertuar jest bardzo aktualny, zmieniany co tydzień lub dwa (bilety kupujcie online – przed samym seansem są rzadko dostępne, gdyż sala mieści jedynie 60 osób). Klimat jest przerewelacyjny, wybierzcie się koniecznie. Ja, w najbliższym czasie, zamierzam obejrzeć tam „Milczenie”.

Muzeum Emigracji, ul. Polska 1
Gdynia

All images via Google Images

No comments:

Post a Comment