Strony

Wednesday, November 30, 2016

Otwarta Pracownia - Coolawoola & Magoku


Magoku i Coolawoola często pojawiają się na blogu i wiem, że zagoszczą tu jeszcze nie raz. Kiedy znajdzie się coś pięknego, unikatowego, stworzonego z największą dbałością, pasją i oddaniem trzeba się tego trzymać, a przedmioty wykonane przez dziewczyny właśnie takie są. Pisałam o tym już kilkakrotnie (posty z biżuterią Magoku i ubraniami Coolawoola znajdziecie tutaj, tutaj i tutaj). Teraz dziewczyny poszły krok dalej i wymyśliły coś naprawdę niesamowitego – Otwartą Pracownię.
Magda i Lena postanowiły pokazać trochę więcej swojego świata, zdradzić kilka sekretów magokowych i coolawoolowych procesów twórczych, odsłonić sposób w jaki pracują, jak się inspirują i jak tworzą. Wymyśliły wydarzenie, podczas którego swobodnie dzielą się swoją twórczością, pomysłami, ciepłem i energią, w miejscu, gdzie na co dzień dzieje się magia. Obie działają zgodnie z filozofią slow fashion, wiedzą na jakim efekcie pracy zależy im najbardziej, emanują kreatywnością i zarażają podejściem.

Wednesday, November 23, 2016

Złowroga Ostryga poleca - Books for autumn


Mam deja vu. Mniej więcej o tej porze, w zeszłym roku zbierałam się do napisania posta o skandynawskich kryminałach. Dość opornie wtedy mi to szło i pamiętam ogrom ulgi, jaką odczułam, kiedy dobrnęłam do ostatniego zdania. Pamiętam też, że cała ta szarość za oknem zdawała mi się być odpowiednim klimatem do publikowania posta o książkach, do tego w większości dość ponurych (ale bardzo wciągających). Teraz mam podobnie. Im gęściej mży za oknem, tym kocyk i kryminał wydają się właściwszym rozwiązaniem (zaczynam rozumieć cały ten fenomen jesiennych zdjęć rodem z Pinteresta, wiecie, herbatka, kocyk, liście klonu na dywanie, książki, parapecik, te klimaty), a to z kolei nakazuje znowu wrzucić coś z dopiskiem „Złowroga Ostryga poleca”. Zostawiam Was więc z kolejnymi trzema tytułami.

I’m having a deja vu. Last year, around this time, I was going to start writing a post about Scandinavian crime stories. I remember it was really hard for me to get the flow and the relief I felt when I finally finished the note. I also remember that whole that grey aura outside seemed to be a very proper atmosphere for publishing a post about books (not very cheerful ones to be honest, very captivating though). This is exactly how I find it right now. The more heavily  it rains, the more I find blankets and books a right choice. I’m starting to understand the phenomenon of all those fall pictures from Pinterest, you know, hot tea, warm snuggie, maple leaves on a rug and books. All these factors made me feel like I needed to recommend you some goodies again and here they are; three books for autumn evenings: “The Martian” by Andy Weir, “The Bat” by Joe Nesbo and “Lesio” by Polish author Joanna Chmielewska. Enjoy! 

Monday, November 14, 2016

Autumn Outfit - Reversed Layers


Prawie rok temu pisałam o tym jak bardzo przydatny jest czarny golf (w tym poście). To było chwilę po tym jak w lumpeksie, niedaleko którego wtedy mieszkałam, w pewną środę (środy tam to ‘dni za trzy złote’, kiedy wydaje się najmniej, a satysfakcję zyskuje się największą) zbiedniałam o 6 złotych, ale zyskałam za to dwa sweterki – najprostsze golfy, jakie tylko się dało, jeden biały, drugi czarny. Poziom szczęścia wzrósł mi wtedy kilkakrotnie, a na kolejne trzy do czterech miesięcy solidnie zredukowałam problem z cyklu ‘co mam dziś ubrać’.

Almost a year ago, I wrote a post about how useful a black turtleneck is (in this post). It  was just a moment after I visited a second-hand store I lived nearby, on a Wednesday (Wednesdays are the day when every garment costs 3 zlotys; small money, huge satisfaction), spent 6 zlotys and got myself two of the simplest sweaters; one black and one white turtleneck. I automatically achieved higher level of happiness and solidly reduced my ‘I got nothing to where’ problem for next three of four months. 

Saturday, November 12, 2016

For the foodies: Tarta z kamelizowanymi jablkami, żurawiną i solonym karmelem


Jesień momentami postanawia mi dokopać (no wiem, jak każdemu) i wzbudza podejście w stylu: dzisiaj chyba nie jest mój dzień. Albo tydzień. Dokładnie tak, jak teraz. Dziś nie bardzo wyszło mi bieganie, średnio idzie mi pisanie, skupienie uwagi zdaje się graniczyć z cudem. Dobrze wychodzi mi spanie i przesłuchiwanie starych playlist (przy okazji, playlisty niedługo wrócą na bloga – za dużo odkrywam świetnych kawałków, żeby się nimi nie podzielić). Ogólnie, ku uciesze bardzo wrażliwych na dźwięk sąsiadów (podejrzewam, że również przechodniów), dziś zajmuję się testowaniem wytrzymałości głośników i planowaniem czym zajmę się, kiedy przestanie mi  się nie chcieć. A żeby nie spędzić całego dnia kiwając głową w rytm (head banging to dziś moja ulubiona aktywność) i bronić się przed stwierdzeniem, że jedyną produktywną rzeczą, jaką dziś zrobiłam, było ugotowanie kompotu, postanowiłam przygotować jedzeniowy post, z którego tak troszkę, troszkę jestem dumna, z jednej prostej przyczyny – to pierwszy mój przepis, tak od początku do końca.

Friday, November 04, 2016

Autumn outfit in Warsaw


Środę spędziłam w Warszawie. To była szybka decyzja, bo od wpadnięcia na pomysł wyjazdu do kupienia biletów wstępu i na samolot minęło może 15 minut. Plan obejmował jakieś 12 godzin – poranne zwiedzanie i parę wolniejszych godzin w centrum. Prosto z lotniska pojechaliśmy do Śródmieścia, a po szybkiej kawie, do Muzeum Powstania Warszawskiego, żeby stamtąd, parę godzin później złapać metro do Kopernika. Popołudniu, idąc już w stronę Nowego Światu, zahaczyliśmy o BUW – zdecydowanie jeden z moich ulubionych warszawskich budynków. Jest piękny z zewnątrz, w dużej mierze porośnięty bluszczem, ze ścianami ozdobionymi symbolami nauk i przepięknym wnętrzem (dosłownie i w przenośni). Pierwszy raz udało mi się wejść do górnych ogrodów na dachu biblioteki, jednak cała wizyta trwała kilka minut, gdyż „przemiły” pan ochroniarz szybko nas pożegnał, informując, że od 1 listopada wejście na górę jest niedostępne, a dolne ogrody zamykane są o 15.00. Dwie godziny później, po kolacji w restauracji, gdzie pewien postawny Włoch pokrzykuje niezależnie od tego czy wskazuje gościom miejsca, czy dziękuje za wizytę, dotarliśmy do ostatniego przystanku – cukierni A. Blikle na Nowym Świecie.

Monday, October 31, 2016

Bakalie - relacja z gdanskich targów i kilka polskich marek


Bakalie – targi mody, designu i młodej sztuki odbywają się w Gdańsku cyklicznie, co kilka miesięcy. Wczoraj, w Starym Maneżu we Wrzeszczu miała miejsce 18. edycja imprezy, a mi w końcu udało się nie przegapić terminu i spędzić tam sobotnie popołudnie.
Każda z edycji targów gromadzi kilkudziesięciu wystawców. To między innymi projektanci mody, biżuterii, akcesoriów do domu i zabawek dla dzieci, ale też właściciele sklepów vintage, księgarni czy twórcy perfum. Bakalie są nie tylko szansą, aby ubrać się od stóp do głów lub uzupełnić mieszkanie o dodatki. Dają też możliwość przyjrzenia się niecodziennym rozwiązaniom z zakresu designu, odkrycia niespożytych pokładów kreatywności wystawców i zainspirowania się. Stoiska zajmują głównie młode marki, z których większość ma swoje sklepy internetowe, jednak tylko część posiada sklepy stacjonarne czy pracownie. To kolejna zaleta targów – możliwość przymierzenia ubrań, dotknięcia materiałów albo przyjrzenia się z bliska dodatkom, wystawionym przez marki niedostępne w Gdańsku na co dzień. Jest jeszcze jeden element, którego żaden sklep internetowy, nawet z najlepszą obsługą klienta, nie może nam zapewnić – osobisty kontakt z producentami. Miałam wczoraj okazję porozmawiać z dziewczynami szyjącymi ręcznie galanterię skórzaną, o tym jak ważna jest dla nich jakość materiału i dbałość o każdy detal. Przy kilku ekspozycjach usłyszałam skąd wzięły się pomysły na taki rodzaj twórczości, a przy innych skąd czerpią pomysły, no i jeszcze to, że niektórzy z twórców na swoich stronach internetowych wystawiają tylko część tego, co wychodzi spod ich ręki (czasami jedynie 40%). To, co najciekawsze, zabierają właśnie na targi.

Thursday, October 27, 2016

Uroda - Trzy sprawdzone kosmetyki na jesień


Wraz ze zmianami temperatury, zmieniają się potrzeby skóry. I choć należę do kosmetycznych ignorantów, to wiem, że od takich prawd nie ucieknę. Wierzcie mi, jeśli chodzi o teorię dbania o skórę, jestem naprawdę do niczego. Nauczyłam się za to obserwacji – zwracania uwagę na to, co aktualnie dzieje się z moją skórą, czy mnie to cieszy czy nie i jak to ewentualnie naprawić. Stworzyłam sobie własny system – przykładowo, zamiast pamiętać o różnych kremach do twarzy kilka razy dziennie, sięgam po jeden sprawdzony, kiedy tylko czuję, że skóra jest trochę ściągnięta. Mam wtedy poczucie, że ciało dostaje to, czego rzeczywiście potrzebuje, a nie jest smarowane dla samego smarowania. Idąc dalej tym torem, przebrałam też dość kategorycznie kosmetyki, których używałam.  Mało to chwalebne, ale potrzebowałam trochę czasu, żeby zrozumieć, że skoro kosmetyk jest i ma nawet konkretne przeznaczenie, a ja go posiadam, wcale nie oznacza, że powinnam go używać. Tak udało mi się znaleźć kilka produktów naprawdę dobroczynnych dla mojej skóry, a dzisiaj chcę Wam przedstawić trzy z tych, którymi ją ratuję, kiedy jesienne przesilenie bardzo stara się jej dokopać.

The needs of our skins change, as the temperatures outside decrease. As much as I would like to remain such a cosmetics ignorant as I am now, I cannot get away from this kind of truths. Trust me, I really suck when it comes to the theory of beauty routines. However, I learnt to observe. I mean paying attention to what goes on with my skin, whether I like it or not and, eventually, how to fix it. I worked out my own system; instead of using a few kinds of face creams three times a day, I found one that really works for me and I use it when I feel my skin gets dry or pinched. Then I feel the skincare I provide my body with is what my skin really needs instead of putting creams and balms just for putting itself. Eventually, I categorically dealt with the tons of cosmetics I used. I know I should feel ashamed typing this sentence, however, it took some time to make me understand that the fact I posses some skincare product and it even has a concrete dedication doesn’t mean I need to/should use it. Living with this thought in mind, I managed to select some products that I find really beneficial for my skin and today I’d love to introduce you three of those that I use to rescue my body when autumn solstice really tries to kick my ass; sugar crystal  peeling with cupuacu butter from Ziaja, Swederm Hud Salva intensive moisturizing cream for all the skin irritations and regenerating hand and nails serum from Tołpa.