Strony

Tuesday, July 19, 2016

Places to see in London - British Museum



Liczba folderów ze zdjęciami, które chcę Wam pokazać i długość listy postów, jakie zamierzam opublikować, od jakiegoś czasu rosły powoli, acz systematycznie. Taaa, zaczęłam się już zastanawiać czy w ogóle się do tego zabiorę. Szczęśliwie za oknem leje (to zawsze trochę pomaga mi się skupić), w słuchawkach nareszcie mam odpowiednią muzykę (nie ma nic gorszego, niż ten stan kiedy żaden kawałek mi nie podchodzi), a ja w końcu, mówiąc bezpośrednio, przykleiłam tyłek do krzesła i zamiast mówić, że chcę coś zrobić, zaczęłam to robić. Tą drogą dochodzimy do pierwszej partii zdjęć z Londynu.
Jadąc tam w maju na kilka dni prawdopodobnie po raz pierwszy w życiu zaplanowałam, co chcę zobaczyć (no, przynajmniej w jakimś stopniu). I co? Chwilę po przyjeździe plan uległ zmianie - pogoda przywitała nas iście po angielsku. Prosto z lotniska, z krótkim przystankiem w przechowalni bagażu, trafiliśmy do British Museum – dla mnie, estetycznego raju. Co sprawiło, że tak myślę?

Po pierwsze, przestrzeń. To chyba jeden z najbardziej monumentalnych budynków, w jakim kiedykolwiek byłam. Szeroka klatka schodowa w głównym holu, niekończące się sale z antykami, kolory piaskowca i marmuru, dzięki którym całość zdaje się być jeszcze większa, niż w rzeczywistości. Widok budynku z zewnątrz daje pewne wyobrażenie o jego ogromie, jednak po wejściu do środka wymowne: woooow! samo ciśnie się na usta (no dobra, przynajmniej w moim przypadku tak było).
Po drugie, kontrast. Weźmy na przykład greckie kolumny, nad którymi wzniesiono szklany dach. Albo hol łączący w sobie style architektoniczne odległe o kilka tysięcy lat. Jest tam jakaś sztuczka. Taki trik, dzięki któremu z pozornie niepasujących do siebie elementów, powstała spójna układanka. Po raz drugi od wejścia, wpada się w coś między zachwytem, zdziwieniem, a przytłoczeniem. Nie zrozumcie mnie źle - to jest absolutnie pozytywne odczucie.
Po trzecie, historia.  Wiecie, ja uwielbiam muzea. Nie jestem jednym z tych maniaków, którzy nie wyjdą, póki nie przyjrzą się dokładnie każdemu eksponatowi, jednak lubię poczuć satysfakcję z tego, co zobaczyłam. Zwykle po prostu sprawdzam co jest w zbiorach i ustalam na czym zależy mi najbardziej, chociaż są przypadki, kiedy nie ma cienia szansy, żeby odpuściła konkretną wystawę czy galerię (tym razem uparłam się na dosłownie parę minut w holu impresjonistów w National Galery, mimo że ostatnio kilkukrotnie przeszłam go wzdłuż i wszerz). Muzea mają w sobie coś niespotykanego. Na mnie połączenie tylu śladów historii w jednym miejscu zawsze działało trochę poruszająco, nie w żadnym tkliwym znaczeniu, po prostu kazało koncentrować myśli tylko wokół tego, co widzę. Na Great Russell Street było podobnie, zwłaszcza, kiedy zorientowałam się, że ściana, którą pani przede mną pieszczotliwie gładziła, to w rzeczywistości fragment Partenonu, przywieziony do Londynu przez pewnego lorda kilkaset lat wcześniej. No, nie da się ukryć, że rewelacyjne uczucie.


The amount of folders filled with pictures and the lists of ‘to do posts’ have been increasing slowly but still systematically for a while. Eventually, I started to think if I was ever gonna catch up with all the work. Luckily, it’s raining heavily outside (and don’t blame me; that kind of weather simply makes me focus), I finally found the right tune (I hate that moment when I find no song amusing) and made myself sit down, glued my butt to the chair and started doing the job instead of saying I’d like to start doing the job. And this is how we got to the first tranche of pictures from London.
When heading there in May, I probably planned what to see for the first time in my life (well, ok, partially planned). What happened next? Shortly after arrival we needed to change the schedule and find some roof to hide under (ohhh, British weather) and after a few minutes stop at left luggage at Victoria Station, we ended up at the British Museum which, as it turned out later, I found an aesthetical heaven. What made me feel that way?

First of all, the space. I guess this is one of the most monumental buildings I have ever entered. Wide staircase in the main hall, never ending rooms filled with antiques, colors of marble; all of that create the impression the building is even larger than it seems.
Second of all, the contrast. Let’s take the glass roof over Greek columns. Or the hall that includes styles so different it seems impossible to combine them. There is some kind of magic in it. A kind of trick that delivers a whole new picture out of elements that seem to be totally incompatible. This is the moment a visitor start to feel amazed, surprised and a bit overwhelmed at the same time. Don’t get me wrong – that feeling is completely positive.
Third of all, the history. You know what? I adore museums. Luckily, I don’t happen to be one of those maniacs who won’t leave until they glare at every piece of art for a few minutes, however, I like to feel satisfied with what I saw. Usually, I tend to find out what the galleries contain and then prepare a hierarchy of what I’m going to have a closer look at, although, sometimes it’s simply impossible to get me out of the exhibition I want to see (this time I needed a few minutes in the impressionists hall at the National Gallery and trust me when I say that my companion had found out what stubborn really means). There is something unheard about the museums. That mixture of all those traces of history has always made me a bit moved and I don’t mean feeling touched or anything like that. I mean having your mind concentrated around this one moment, the place where you are and the pieces you see. Yeah, that happened to me again on Great Russell Street, especially, when it hit me that the wall a lady in front of me was touching tenderly was actually a part of Greek Parthenon brought to London by an English lord a few hundred years ago. That was quiet an excellent feeling. 





I jeszcze tylko parę słów o praktycznej stronie zwiedzania. Po pierwsze, my byliśmy tam we wtorek, więc nie było problemu z kolejkami przed wejściem. Jedyny przystanek to kontrola torby zaraz za bramą i droga wolna. W weekend za to trzeba liczyć się z dłuższym postojem. Ja nie przemyślałam tego poprzednim razem w Londynie – do Natural History Museum dotarłam w sobotę, mniej więcej przed południem, po czym okazało się, że miałam ten sam pomysł, co kilkaset osób w kolejce przede mną. Do środka weszłam jakieś półtorej godziny później.
Druga sprawa to ceny. Wejście do większości muzeów i galerii w Londynie jest bezpłatne (co generuje większe zainteresowanie, a to z kolei dłuższe kolejki). Nie wlicza się w to sezonowych wystaw, na przykład tych w V&A (te kosztują zazwyczaj kilkanaście funtów), ale wejścia do takich miejsc jak National Gallery, British Museum, National History Museum czy Victoria & Albert Museum są zupełnie darmowe. A zatem Złowroga Ostryga poleca. Znowu.

W następnym odcinku coś dla fanów dobrego jedzenia, w dużych ilościach. I mnóstwo zdjęć (okazuje się, że moje zdolności selekcjonerskie nie są już tylko ubogie - one zaczynają zanikać!) z miejsca, gdzie trafiliśmy przypadkiem, a spędziliśmy tam pół dnia. Do zobaczenia!


Now just a few words about this practical part of sightseeing. Firstly, we were there on Tuesday, so there was no lines problem  in front of the entrance. The only obligatory stop was the one to show the inside of my bag before I got in. On the other hand, be careful on the weekends. I didn’t think about that strategically when I was in London last year and headed to the Natural History Museum on Saturday around noon. As it turned out later, I had the same idea as a half of the city and eventually spent an hour and a half cursing in mind my stupid ideas when standing in a queue.
Another thing; the prices. Mainly, there is no charge for the entrance to the galleries or museums (that also makes the interest mount up and that makes the lines grow). It doesn’t include the seasonal exhibitions (like the ones in V&A), they usually cost 13 – 19 pounds. However, all the places like British Museum, National Gallery, Natural History Museum and Victoria & Albert Museum are completely free of charge.

So, this is the type of leisure time activities I highly recommend when you’re in London. Next episode will be dedicated for all the foodies that look for some real treats in the city. See you then! 















H&M Top & Trousers / MARKS & SPENCER Coat / Adidas Superstar Sneakers /



Great Russell St, London WC1B 3DG

Friday, July 15, 2016

"Biznes z pasją" - wywiad z Magoku, cz. I


Zacznę od historii. Jakiś czas temu trafiłam na szkolenie, z którego merytorycznie nie wyniosłam absolutnie nic, jednak prowadzący nieświadomie zmienił moje postrzeganie paru kwestii, rzucając anegdotami zahaczającymi o prowadzenie biznesu (nie, żadna z nich nie była związana z tematem szkolenia). Okazał się być kolejną osobą, od której usłyszałam,  które start-upy najdłużej utrzymują się na rynku. Kryterium była motywacja założycieli – pieniądze, chęć bycia własnym szefem albo pasja. Tak, ci, którzy zakładali swoje firmy z pasji dali radę rozwinąć je do poziomu, o jakim reszta mogła zapomnieć.  Z ekstremalnie prostej przyczyny – nie męczyli się tym, czym się zajmowali. Samorealizowanie się i satysfakcja napędzały ich działania. Tylko, że to są badania. Research, którego wyniki należało uprościć i przedstawić w jak najmniej skomplikowanej formie. Jak to wygląda naprawdę? Co jest potrzebne, aby pasję przekuć w biznes? Z czym wiąże się taki skok na głęboką wodę? Czy warto?

Mam nadzieję, że tego właśnie dowiecie się z pierwszej części wywiadu z Magdą – założycielką Magoku, projektantką oryginalnej, ceramicznej biżuterii i moją osobistą inspiracją, która zdecydowała się podjąć ryzyko i wystartować z własnym biznesem. Co ją przekonało, jak wyglądał cały proces i jakie są efekty? Zobaczcie sami. 




Jak określiłabyś swój zawód?

Jestem radosną (wy)twórczynią drobnych elementów ceramicznych, które potem zamieniam, najczęściej w biżuterię, a czasem w akcesoria czy ozdoby. Nie czuję, że mogę powiedzieć o sobie, że jestem ceramikiem lub jubilerem sensu stricto, bo nie mam takiego wykształcenia.

Bawisz się czy pracujesz?

Przez 4 i pół roku bawiłam się i ta zabawa rozrosła się do takiego stopnia, że zaczęła pochłaniać coraz więcej mojego czasu, energii i docierać do coraz większej liczby osób, aż w końcu nie dało się tego pogodzić z etatem. Magoku wyrosło właśnie z ducha tej zabawy. Tworząc, odczuwam niesamowitą przyjemność na każdym etapie procesu i wiem, że to moje ‘zajaranie’ przechodzi w przedmioty. Ludzie, którzy je noszą mówią, że to czują. To z kolei napędza mnie do dalszego działania.

A teraz? Jak to jest z tą zabawą kiedy już masz swoją firmę?

Dochodzą wszystkie elementy, które wiążą się z jej prowadzeniem – księgowość, myślenie nad strategiami, pozyskiwanie nowych klientów, efektywne wykorzystywanie social mediów i inne. Kiedy przekształcasz pasję w biznes, takie rzeczy są naturalne. Zastanawiasz się czy to była dobra decyzja, bo stoisz przed wielkim wyzwaniem, żeby to, co robisz nadal było twoją pasją, ale jednocześnie można było się z tego utrzymać. U mnie, póki co, pasja nadal jest, choć niewątpliwie przybyło mi stresów ;)




To skąd właściwie wzięło się Magoku?

Wzięło się z prezentu od przyjaciółki, Weroniki, która jest ceramikiem, ma swoją pracownię. 5 lat temu zrobiła mi prezent urodzinowy –  warsztaty wytwarzania biżuterii z gotowych elementów. Zachwyciłam się tym. Początkowo robiłam głównie kolczyki, takie z ogólnie dostępnych koralików. To Weronika wpadła na pomysł, że nauczy mnie robienia własnych, niepowtarzalnych koralików z gliny. Trochę się opierałam, bo nie przemawiało to do mnie, ale w końcu dałam się skusić - Wera jest bardzo konsekwentna. Koniec końców, trafiłam do jej pracowni na naukę. I to była miłość od pierwszego lepienia. Zaczęło się w 2011 roku. Przez te 5 lat nie dysponowałam swoim piecem do wypalania, ale szczęśliwie, mają je i moja przyjaciółka i kuzynka. Przez ten czas korzystałam z ich uprzejmości. Poświęcałam ceramice coraz więcej czasu i ciągle miałam nowe pomysły, a takie korzystanie z pracowni na odległość stawało się uciążliwe. Dodatkowo przy przewożeniu elementów zawsze były jakieś straty - glina przed wypaleniem jest dosyć krucha. Jakieś dwa temu powiedziałam Weronice, że strasznie, ale to strasznie chciałabym mieć własną pracownię, ona popatrzyła na mnie i powiedziała, że jeśli tak strasznie chcę, to będę ją miała. No i zaczęłam to wizualizować, chociaż muszę przyznać, że cały czas wydawało mi się to mało realne - ja, nauczycielka na etacie, jak? Jednak ta wizja, jak otwieram swój własny piec i widzę pierwszy wypał, ciągle do mnie wracała.

I w końcu otworzyłaś.

No. W grudniu ubiegłego roku zrobiłam swój pierwszy samodzielny wypał. Zupełne szaleństwo. Cieszyłam się jak dziecko. Czasem jeszcze ciężko mi w to wszystko uwierzyć.

Dużo samozaparcia było Ci potrzebne, żeby zrealizować tę wizję?

I tak, i nie. Nie, bo sama praca z ceramiką to całkowicie niekłamana przyjemność i to mnie napędzało. Tak, bo to był pewien proces rozciągnięty w czasie i czasem ciężko było wytrzymać na obranym kursie. U mnie to nie była zaplanowana strategia, raczej wypadki same się tak potoczyły. Kilka rzeczy nałożyło się na siebie. Po pierwsze, wzięłam roczny urlop w pracy, bo mimo tego, że kocham uczyć, to czułam się wypalona, a póki co nauczyciele mają możliwość skorzystania z takiego dobrodziejstwa.. W tym czasie intensywnie się rozwijałam, chodziłam na różne kursy, z których najważniejszy okazał się Action Learning - niesamowicie rozwojowy coaching grupowy, którego formuła bardzo mi odpowiadała. Grupy mają podobne wyzwania i choć nie planowałam, że nie wrócę do szkoły, trafiłam na ludzi, którzy planowali zmiany zawodowe. Nie wiedziałam jeszcze do czego mnie to doprowadzi. Po prostu poświęcałam ten rok na rozwój osobisty, a jednocześnie kalkulowałam, co byłoby potrzebne, żeby Magoku się rozwinęło.

Czyli doszłaś do etapu myślenia o Magoku jak o przedsiębiorstwie, a nie tylko o robieniu biżuterii dla przyjemności.

Tak, ale nadal nie myślałam, że nie wrócę do starej pracy. Myślałam o tym jak o przygotowaniu się na bliżej nieokreśloną przyszłość.




Więc jak z planów na przyszłość powstał biznes?

To stało się jakby obok mnie. Byłam tak skoncentrowana na rozwoju, że nie zauważyłam, że to się już działo. Jak z samosiejką w ogrodzie – widzisz, że drzewko rośnie, ale myślisz, że jeszcze masz czas, żeby je usunąć, aż nagle, pach!, i już masz drzewo. Tak postrzegam ten rok. W czerwcu ktoś podsunął mi pomysł złożenia wniosku o dofinansowanie, a ja akurat poznałam osobę, która miała doświadczenie w ich pisaniu i zachęciła mnie, mówiąc, że moja wizja „ma ręce i nogi”. Miałam wsparcie i pomysły od rodziny, przyjaciół, fantastycznej grupy i coacha z Action Learning. W końcu pomyślałam „skoro inni dają radę, to dlaczego nie ja?”. Był jeden haczyk - żeby złożyć wniosek, wymagane było udokumentowane bycie bezrobotnym przez okres miesiąca. Musiałam złożyć wypowiedzenie i pożegnać się z bezpieczeństwem, jakie dawał etat. To był najtrudniejszy moment, jak skok z klifu. Wahałam się, chciałam wracać do pracy, ale mój mąż powiedział, że jeśli nie zdecyduję się po tym roku, to później pewnie wcale się nie odważę, a w konsekwencji będę mega sfrustrowana. Dziś wiem, że tak by było. Miałam wsparcie od naprawdę wielu osób, i także dzięki nim skoczyłam w to nieznane.




A jak wyglądał sam proces uzyskania grantu?

Złożyłam wypowiedzenie i napisałam wniosek, a kiedy był już pozytywnie rozpatrzony poszłam na komisję i musiałam obronić swój pomysł. Tam, gdzie nie byłam w stanie sama tego ogarnąć, znalazłam pomoc (na przykład w sprawach księgowych). To jest żmudna procedura, ale nie aż tak, jak to wygląda z boku. No i pomagało myślenie, ilu osobom przede mną już się udało. Im bardziej jest to za mną, tym bardziej wydaje mi się, że nie było aż tak ciężko. Warto było. Teraz mam piec, walcarkę, narzędzia, wszystko, czego potrzebuję do działania. Jedyne co muszę zrobić, żeby nie zwracać grantu, to prowadzić działalność przez rok i udokumentować ją, a potem wszystko zależy ode mnie.

Podobno robienie czegoś z pasją to najlepsza motywacja dla stworzenia biznesu. To właśnie te przedsiębiorstwa stabilnie trzymają się na rynku.

Jak w tej sentencji: wybierz to co kochasz, a nie spędzisz ani jednego dnia w pracy. I coś w tym jest.







Tuesday, May 24, 2016

Velvet choker


Przyznaję się, że trochę zwariowałam na punkcie czarnej aksamitki. Początkowo szukałam wąskiego, czarnego szalika (wiecie, tak w stylu Chloé), a skończyłam w pasmanterii, kupując dwa kawałki tasiemki – jeden metrowy, drugi krótszy, żeby wiązać go tak, aby przylegał do szyi. Ciężko mi teraz znaleźć zestaw, do którego aksamitka nie pasuje - nawet adidasy i bluza z naszywkami mnie nie powstrzymały. Jeśli chodzi o męskie koszule, to powtarzam się bardziej, niż w przypadku swetrów, ale i tak napiszę to znowu – są doskonałe! Nic nie daje tyle swobody, co one, w dodatku wybaczają wszystko. 
Razem dały wersję ‘na dandysa’ albo trochę roztrzepaną. Którą wolisz?

I admit I got a little obsessed with this black, velvet ribbon. At the beginning, I searched for a light, narrow scarf (you know, a bit Chloé style). Eventually, I ended up in a haberdashery buying two pieces of black velvet – one a meter long and a shorter one to have it surrounded near my neck. After a few weeks it got difficult to find an outfit which cannot be spiced up with those ribbons –  even sneakers and patches sweatshirt didn't stop me. When it comes to men shirts, I do realize I recall them even more often than sweaters, however, I won’t hold myself and say it again – they’re perfect! No garment is this forgiving and gives so much freedom at the same time.
The combination of them turned out as a dandy version or a bit more nonchalant one. Which one do you prefer?






Pierre Cardin Vintage Pink Shirt / Vintage White Shirt /
Velvet Choker bought in a dry goods store

Friday, May 06, 2016

Złowroga Ostryga poleca - coś na weekend



Skoro za chwilę już weekend (no, znowu!), ten tydzień był taaaaki ciężki, a do sesji jeszcze kupa czasu i kto normalny już by się uczył, to mam dla Was coś, co sprawdziło się idealnie kiedy miałam chwilę wolnego czasu i silne postanowienie, żeby tylko nie spędzać go w żadem aktywny sposób. Krótko mówiąc: Złowroga Ostryga znowu w natarciu! I tym razem bardzo, bardzo poleca!

Since the weekend is just about to start (yes, again!), this week has been soooo rough and I still have plenty of time to commence studying for my exams, I’ve got something for you. Something that was my salvation when I happened to have some spare time and a strong resolution to spend it not actively. This time, it’s something I seriously recommend.




1.       Garance Dore, „Love x Style x Life”

Ktoś ostatnio uświadomił mi, lub też dość pośrednio pomógł zrozumieć, jak wielki błąd popełniłam pisząc posta o „Bądź Paryżanką, gdziekolwiek jesteś”, a pomijając „Love x Style x Life”. Pisałam już (tutaj), że to właśnie dzięki tej książce postanowiłam dać szansę kolejnym w podobnym stylu, głównie po to, aby finalnie przekonać się, że Garance pozostaje niedościgniona.
Zdaję sobie sprawę, że pewnie grono z Was ma świadomość jak bardzo spóźniam się z tym postem, biorąc pod uwagę, że minął już przynajmniej rok odkąd książka się ukazała, ale tym razem postanawiam uznać, że lepiej późno, niż wcale, głównie dlatego, że miałam czas, żeby przekonać się jak bardzo publikacja, do której podchodziłam przynajmniej sceptycznie, wpływa na moje podejście do mniej lub bardziej istotnych spraw i jak często do niej wracam. Wierzcie mi, że potrafię wozić ją ze sobą między domem, mieszkaniem i wszystkimi innymi miejscami po drodze tylko po to, żeby po raz kolejny wrócić do danego fragmentu albo zdjęć, tak prostych w przekazie, że aż dobitnych (tak, całe to ‘less is more’ też łatwiej zrozumieć po przeczytaniu).
Dokładnie tę samą historię przeżyłam z blogiem Garance – odwiedzałam go od czasu do czasu, bo powinnam, bo przecież wszyscy go kochają albo po prostu, bo tak, żeby jakiś czas później rozpisywać się na fejsie o tym, jak okazał się być niewyczerpaną inspiracją, epatować niewymuszoną swobodą i prostotą i mieszać ze sobą tyle treści różnego rodzaju, że znudzenie się jest praktycznie niewykonalne. Z książką było mniej więcej tak: ‘przecież większość to obrazki, ergo, co tam można zawrzeć?’. No, wiem, dość to ograniczone z mojej strony. A potem znowu to samo - jakiś czas później wędruję z nią po całym województwie, żeby nie odcinać się mojego osobistego ‘uspokajacza’. Bo tak też działa – oprócz pisania o tym co powinno być w każdej szafie, jak zachowuje się Francuzka, której kopertówkę Hermes oblano drinkiem i jak dobrze wyjść na zdjęciu, Garance pisze o miłości, przyjaźni, rodzinie, pewności siebie i jej braku, podejściu do samej siebie i znajdywaniu tego co dla nas dobre, związkach (też kilku swoich) i karierach. Porównuje życie paryżan i nowojorczyków,  dodaje rady od siebie i kilki innych kobiet, które świadomie pokierowały karierami i opisuje swoją historię – jak rozwinęła blog, co ją skłoniło do jego założenia i ile zdarzyło się po drodze (to zdecydowanie najciekawsza część, pozostałe są jedynie zachwycające).  Zawiera w tekstach przemyślenia, które na czytelnika mogą działać wręcz terapeutycznie – momentami, czytając, myśli same się klarowały. Kto jeszcze nie czytał, szybko nadrabia!

Recently, someone’s made me realize how extremely wrong I was to post something about “How to be Parisian…” and skip “Love x Style x Life”. I’ve written before it was the book that made me think the other publications of this kind also might be valuable (it turned out I read them mainly to get convinced later that Garance remains unsurpassable. Yeah, I know how much time has passed since the premiere (first thought: silly me, should’ve posted it long time ago) but it helped me to realize how much a book that I treated skeptically at the beginning influences my life now, both in less and more important questions, and how often I get back to it.  Believe me when I say I always carry it with me; when I go home, back to the apartment and to all the places in between just to read a line or two again or see the pictures that are so simple and sometimes even distinct that there’s no need for anything more (yeah, that also made me get that whole ‘less is more’ philosophy).
I’ve had the same thing with her blog; first, I read it sometimes because everyone did, because I thought I should or just because, to later write the poems about on my Facebook page, find it a source of a unlimited inspiration and fall in love with its unforced simplicity and mix of so many different topics that getting bored seemed at least impossible. When I saw the book I was like: ‘there are only pictures inside, ergo, I’m far from being sure if I’m gonna like it’. Yeah, now I know how limited of me that was. Now I carry it all around the region, not to separate myself from my personal ‘calmer’ (cause that’s also how that book affects me). Besides all the lists of what should we have in our closets, descriptions of behavior of a French woman whose Hermes clutch was ruined and how to look flawless in a photography, Garance also writes about love, friendship, family, self-confidence or its lack, finding yourself, relationships (including hers) and careers. She compare the lives of  Parisians and New Yorkers, adds some tips from her and other women who consciously directed their lives and tells her story – how she developed her blog, what made her decide to start it and what happened in the meantime (this is my favorite part, the other ones are only amazing). In her writings, she includes the thoughts that work therapeutically on the reader (sometimes, I had my thought stand in line and get clear immediately while indulging myself with that book). Who hasn’t read it yet, catch up quickly!




2.      Deadpool

O, jakie to było dobre. Serio. Dla kogoś z tak chorym poczuciem humoru jak moje, to film marzenie. Po wszystkich produkcjach o superbohaterach na wstępie spodziewam się albo sztywnego osiłka – herosa albo wersji sarkastycznej i z problemami. Ten zaczyna od podkreślenia, że z bohaterem nie ma wiele wspólnego, za to super jest na pewno. Tak niedoskonały, niepoprawny i bezczelny, że nie sposób nie kochać go od pierwszych minut filmu. Po scenie z rysowaniem kredkami, kiedy siedzi na krawędzi wiaduktu (spokojnie, nie mówię już nic więcej) przepadłam zupełnie, zakochałam się i chcę więcej.
Podobno poziom ‘zajarania’ Deadpool’em zanim wszedł do kin sięgał zenitu, z tym, że mnie zupełnie to ominęło (no, nie miałam pojęcia kto to/co to). W związku z tym nie miałam okazji, żeby wyrobić sobie w głowie obraz, z którym mogłabym później skonfrontować to, co zobaczę. I super, bo nastawiając się zupełnie na nic, z każdą minutą oglądania mój humor był coraz lepszy (nie był najgorszy, kiedy zaczynałam, więc wierzcie mi, że pod koniec, było już naprawdę nieźle). Ryan Reynolds w wersji ‘trochę psychol, trochę bohater’ jest zdecydowanie wart półtorej godziny. Polecam, Marta Lipke.

Oh my gosh, how good that was! Seriously. For someone with a sense of humor as twisted and, let’s use an euphemism, unusual as mine, this movie was a dream! After all these superheroes productions, I start with an expectation of a muscleman – demigod or a sarcastic version of a hero with problems. This one begins with an emphasis that he’s surely not a hero. You’ll quickly realize he is super. So incorrect, imperfect and as cheeky as you can imagine, that it’s simply impossible not to love him. After the scene when he draws something while sitting on a verge of an overpass (chill out, I’m not saying anything more), I was knocked down, fell in love completely and want more.
I heard that before ‘Deadpool’ was in theaters, the level of common excitation was reaching its maximum. The problem is, it never reached me. Honestly, I had no idea who / what Deadpool was. Eventually, I had no concrete image of what I expect from the film which turned out to be my blessing. With no high hopes (or any hopes), I could simply enjoy every minute of the projection and love it more and more with every scene. My humor was really satisfying when I started watching, so you can imagine what it was like in the end. Ryan Reynolds in a ‘a bit of a psycho, a bit of a hero’ version is definitely worth an hour and a half. I strongly recommend, Marta Lipke.


3.      The Dressmaker

Droga Kate, kocham Cię.
Dawno nie widziałam filmu, podczas którego zaniemówiłam, bo zupełnie mnie zaskoczył, a takiego, gdzie dodatkowo śmiałam się do rozpuku i płakałam, nie widziałam chyba nigdy. A z tym właśnie tak było z tym. Pierwszy raz usłyszałam o ‘Projektantce’ jesienią, kiedy YouTube był tak uprzejmy i postanowił wyświetlić mi zwiastun. Pierwsze, co pomyślałam to, że połączenie australijskiej pustyni i Kate wyglądającej jak żywcem wyciętej z Paryża lat 50. jest ekstremalnie dziwne. I że muszę to zobaczyć. Postanowiłam czekać, aż wejdzie na ekrany, a chwilę później zupełnie o tym zapomniałam. Parę miesięcy później usłyszałam jak moi znajomi dyskutowali o nim, dosłownie podskakując na fotelach. Zaczęłam krzyczeć, żeby więcej nie mówili (dzięki nim dowiedziałam się, co stało  się w nowych Gwiezdnych Wojnach, zanim zdążyłam pomyśleć o ich obejrzeniu, więc wolałam uważać), a następnego dnia włączyłam „Projektantkę”.
Jest wielowątkowy, a jednocześnie bardzo spójny, osadzony w pewnej konwencji, ale zbudowany na kontrastach (wystarczy spojrzeć na zestawienie scenografii i kostiumów). No, właśnie. Kostiumy. Margot Wilson odpowiedzialna za kreacje Kate dopiero przy tym filmie wykorzystała belę włoskiego, czerwonego jedwabiu, który kupiła przed 20 laty. Jedyne co mogę powiedzieć, to że efekt jest wyjątkowy, resztę po prostu widać.
Kate jest tu boska (no, wiem, zachwycam się jak psychofanka), Liam Hemsworth to przyjemne, bezpretensjonalne uzupełnienie, a sama fabuła jest przynajmniej niebanalna. A, no i nie wiem czy już wspomniałam: TE KOSTIUMY!!!!!

Dear Kate, I love you.
For a while, I haven’t seen a movie that surprised me so much I was speechless, and a movie that additionally made me laugh so hard and also cry… I think I’ve never seen anything like this. And ‘The Dressmaker’ was that exactly. I first heard of it in the fall, when YouTube was so nice and automatically showed me the trailer of it and then thought how strange the compilation of an Australian desert and Kate Winslet looking like cut from Paris in the 50s’ was. Also I thought I had to see that. And later forgot. A couple of months later, I heard my friends chatter about it and literally jumping on their chairs in the same time. I started to yell they shall not say anything more (they told me what happened in the newest Star Wars before I even thought of watching them, so I chose to be provident this time) and watched ‘The Dressmaker’ the next day.
It’s multithreaded and consistent in the same time. Based in a certain convention but built out of contrasts (mind the combination of scenography and the costumes). Oh, yeah… The costumes. Margot Wilson who was responsible for the Kate’s closet finally used a roll of Italian red silk she bought almost 20 years ago to create a dress for this movie (it didn’t seem right for any film before). All I can say is that it turns out special. The rest you should see yourself.

Kate is simply divine (yeah, I know I start to sound like a psychofan), Liam Hemsworth is a pleasant, unpretentious supplement and the plot is at least remarkable. Oh, yeah, and I’m not sure if I already mentioned THOSE COSTUMES!!! 


Images via clothesonfilm.com and Google Image 

Sunday, April 17, 2016

Style essentials #2





Raczej nie kryję się z miłością do białych koszul. W sumie to jestem w tej kwestii dość ostentacyjna. Wspominałam Wam o tym tutaj. I tak jak zimą zakochana byłam w czarnym golfie, tak wraz z przyjściem cieplejszych temperatur, praktycznie nie ma tygodnia, żebym nie miała na sobie białej koszuli. Wierzcie mi, że są dni, kiedy naprawdę walczę z sobą, żeby nie założyć jej kolejny dzień z rzędu. Z tym też związanych jest kilka moich najnowszych pomysłów, o których mam nadzieję, już niedługo będę mogła napisać, i moje ostatnie, cotygodniowe wizyty w second-handach (ilość białych koszul w szafie gwałtownie wzrasta).

Kiedyś koszula, zwłaszcza biała, była wyłącznie bielizną, dzisiaj stanowi samodzielną część garderoby. Tak, Drogie Panie, po raz kolejny podziękujmy cioci Chanel – prekursorki podbierania rzeczy z szafy swojego chłopaka, która nie omieszkała zauważyć, że owinięcie się białą bawełną jest znacznie wygodniejsze, niż wiązanie gorsetu.

Dziś biała koszula jest trochę jak kameleon – może być ekstremalnie oficjalna w eleganckiej wersji (jak przykładowo wersje projektu Caroliny Herrery – ideały!). Za to z podwiniętymi rękawami, trochę wciągnięta w spodnie, a trochę nie, będzie Twoim najlepszym przyjacielem na snucie się po domu (moim jest). Może być ucieleśnieniem zwrotu ‘klasyka’ albo można ją zdekonstruować. Pozwala być bezkarnym w jej noszeniu. Zezwala dosłownie na wszystko!

***

I’ve never really hidden my love for white shirts. You could’ve realized that here. Actually, I’m quiet ostentatious about it. And maybe you remember that I fell in love with black turtleneck during winter. In spring, white shirts have conquered my heart again. I don’t think there has been any week recently when I skipped mixing white shirt with other garments. Trust me, I sometimes have a serious problem to tell myself: ‘don’t touch it! You wore it yesterday. And the day before!’. Also, white shirt is what some of my newest ideas are connected with and the reason why I started to visit some second-hand shops regularly. Oh yes, the amount of this kind of tops in my closet successively increases.

Years ago, white shirt was no more than underwear. Dear Ladies, we need to say ‘thank you’ again to our aunt Chanel who was first to steal some stuff from her boyfriend’s closet (including huge cotton shirts which she used to find much more pleasant than corset).


Nowadays, white shirt is a chameleon – it may be extremely official in its elegant version (look at those gorgeous designs by Carolina Herrera – pure perfection!) or rather cool with its sleeves rolled up and caught in pants, not entirely though. In this version, it may be your best friend while hanging around your place during afternoon (mine is). It can be an embodiment of what ‘classic’ is but also might get deconstructed. Allows to remain unpunished while wearing it. Simply lets us to do anything!

Tuesday, April 12, 2016

Spring shirt




“Kwiaty? Na wiosnę? Odkrywcze”.
(W tym miejscu przypomnij sobie pogardliwe spojrzenie Meryl Streep z “Diabła..” )

No, więc skoro wszyscy już wiemy jak oryginalnym i zadziwiającym zjawiskiem są kwiatowe wzory na wiosnę, to ustalmy też, że ja nie zamierzam odchodzić od normy w tym temacie i nadal będę się zachwycać tym, w jaki sposób moja siostra nosi takie koszule. Zwłaszcza te kwiatowe. Zwłaszcza na wiosnę.

***

‘Florals? For spring? Groundbreaking’
(And this is where you should think of Meryl Streep’s contemptuous look she gave that poor editor in “The devil…”)

Anyway, since we all know how unexpected florals for spring are, let’s put it clear  that I still cannot resist the mainstream and just love the way my sister wears this kind of shirts. Especially the floral ones. In spring. 



Sunday, April 10, 2016

Złowroga Ostryga poleca - książka na wieczór


„Kolejna książka paryżanek o paryskości” – to pomyślałam, kiedy w zeszłym roku usłyszałam o „Bądź paryżanką…” i postanowiłam wyprzeć ze świadomości fakt, że nagle wszyscy chcą być bardziej francuscy, niż Francuzi. Co się zmieniło od tego czasu? A to, że wyszła książka Garance Dore, względem której moje uczucia to już chyba miłość. Skoro jej się udało przygotować (celowo piszę przygotować, bo „napisanie” książki, gdzie cytaty i zdjęcia pełnią rolę równie istotną, jak teksty autorki, to określenie zarówno niepełne, jak i trochę na wyrost) książkę przemawiającą do tysięcy kobiet, prostą w przekazie, momentami dobitną (w najpozytywniejszym ze znaczeń), to może pora zrewidować poglądy i dać szansę też kolejnej? W związku z tym, widząc ją w Empiku, rączka sama powędrowała w jej kierunku (tym bardziej, że zdążyłam poczytać kilka opinii – od ekstremalnie pochlebnych, po te, że „’paryżanka’ nie zachwyca” i bardzo chciałam sama przekonać się o co chodzi). I co się okazało?

Zdaje się, że paryżanka jest w gruncie rzeczy dramatycznie wręcz romantyczna. Nie w oklepanym znaczeniu – przecież to feministka, nieugięcie walcząca o równość! – ale w znaczeniu werterowskim, trochę cierpiąca, melancholijna, radząca sobie z ciężkim losem. Jednocześnie nikt, tak jak ona nie potrafi docenić prostej przyjemności siedzenia na ławce przed domem, wystawiając twarz do słońca czy zjedzenia bagietki obserwując przechodniów.

Co jest sekretem tej książki, a zatem całej, mitycznej już paryskości? Jak dla mnie, to upraszczanie. Nie sil się, nie komplikuj, kieruj się prostotą. Znajdź przyjemność w trywialnych czynnościach, nie zapominaj o sobie na co dzień. To nie znaczy, że masz rezygnować z marzeń czy planów. Po prostu planując podróż życia, zaciągaj się zapachem nowej książki i ciesz nim.

Piszą o kwestiach miłości, nagości, ale też ubrań czy jedzenia. Feminizm i kurtuazja? Autorki udowadniają, że nie wykluczają się, a uzupełniają. Uczą jak być niezależną, jednocześnie ciesząc się z bycia u czyjegoś boku. Przygotowanie przyjęcia, sposób w jaki traktujesz swoje ciało? Tak, o tym wszystkim wspominają. I radzą - rób spektakl ze zwykłych czynności, ale nie rób teatru ze swojego życia. Kochaj najbliższych, ale nie zapominaj o związku z samą sobą. Nie myśl o tym jak o sprzecznościach – układaj swoje życie po swojemu. Uczą doceniać samotność, granatowe sweterki, czerń i rytuały pielęgnacyjne przekazane przez mamy czy babcie. Nie mówią jak pokochać swoje niedoskonałości, bo wierzą, że silne kobiety już to wiedzą. Raczej delikatnie nam o tym przypominają.

Kobietom łatwo znaleźć w tych tekstach kilka swoich cech. W moim przypadku, na przykład bycie nieznośną. Albo to, że one kupują drogie buty i nigdy ich nie pastują, a ja kupuję skórzane, wytłaczane we wzory zakładki do książek, mimo to, czytając tą, zakładałam ją paragonem z drogerii.
To taka książka na godzinę czy dwie wieczorem (dosłownie!) plus trochę przemyśleń, gdzie zdjęcia mówią prawie tyle samo, co teksty. Zawiera konkrety (dla mnie idealnie), bez zbędnego rozwlekania. Kawa na ławę, i tłumaczenia ograniczone do minimum.

Jak zbiór rad od najlepszej przyjaciółki. 

„Bądź paryżanką, gdziekolwiek jesteś”, Empik


‘How to be Parisian wherever you are’

„Another book about how to be Parisian, written by Parisians” – exactly what I thought when I first heard of it last year and decided to erase from my head the fact that for a while everyone had wanted to be more french than French. It’s been a year and by that time I had a chance to read Garance Dore’s ‘Love x  Style x Life’ and change my mind about ‘the french thing’. I stated that if my feelings for Garance and her book can be described as love, I could give a chance to another one. That’s how I decided to buy „How to be Parisian wherever you are”. And how did it turn out?

The Parisian seems to be dramatically romantic. Not popular meaning – don’t forget she’s a feminist who strongly fights for equality of genders! More Werther style – a bit in pain, melancholic, dealing with her hard life. On the other hand, no one else can enjoy the simple pleasure of sitting on a bench, while feeling the sun rays on her face and eating a baguette.

What is the secret of the book and, eventually, this whole mythical ‘french thing’? In my opinion, making it easy. Don’t complicate, don’t try to hard, follow the simplicity. Find pleasure in some trivial activities, don’t forget about yourself. It doesn’t  mean you should give up on your plans. Just try to enjoy the smell of a new book, while thinking of your dream journey.

The authors write about love, nudity, clothes, food. Bigger stuff, trivial stuff, whole range. Feminism and chivalry? Yeah, they don’t eliminate each other but fulfill. They teach you how to be independent while living by someone’s side. Throwing a party, the way you treat your body? Yeah, they consider all of that and more. And give advices – make a spectacl out of simple activities, however, don’t make a theater out of your life. Love your favourite persons but never forget about yourself. These are not contradictions – just live your life the way you want to. They teach to appreciate solitude, black, navy blue sweaters ans beauty rituals our mothers told us about. And to love our imperfections.

Women who read it can easily find their own characteristics in the book. For example, I found my being unbearable. Or the fact the Parisians buy shoes they can barely afford and never have them polished. I buy leather bookmarks and still marked this one with a drugstore receipt.


It’s a book for an evening; an hour or two (literally) and some time for analysis. The pictures say as much as the lyrics. It’s filled with concretes (personally, I love it) and not many unnecessary explanations. Mainly specifics. Like a bunch of advices from your best friend.