Strony

Friday, May 06, 2016

Złowroga Ostryga poleca - coś na weekend



Skoro za chwilę już weekend (no, znowu!), ten tydzień był taaaaki ciężki, a do sesji jeszcze kupa czasu i kto normalny już by się uczył, to mam dla Was coś, co sprawdziło się idealnie kiedy miałam chwilę wolnego czasu i silne postanowienie, żeby tylko nie spędzać go w żadem aktywny sposób. Krótko mówiąc: Złowroga Ostryga znowu w natarciu! I tym razem bardzo, bardzo poleca!

Since the weekend is just about to start (yes, again!), this week has been soooo rough and I still have plenty of time to commence studying for my exams, I’ve got something for you. Something that was my salvation when I happened to have some spare time and a strong resolution to spend it not actively. This time, it’s something I seriously recommend.




1.       Garance Dore, „Love x Style x Life”

Ktoś ostatnio uświadomił mi, lub też dość pośrednio pomógł zrozumieć, jak wielki błąd popełniłam pisząc posta o „Bądź Paryżanką, gdziekolwiek jesteś”, a pomijając „Love x Style x Life”. Pisałam już (tutaj), że to właśnie dzięki tej książce postanowiłam dać szansę kolejnym w podobnym stylu, głównie po to, aby finalnie przekonać się, że Garance pozostaje niedościgniona.
Zdaję sobie sprawę, że pewnie grono z Was ma świadomość jak bardzo spóźniam się z tym postem, biorąc pod uwagę, że minął już przynajmniej rok odkąd książka się ukazała, ale tym razem postanawiam uznać, że lepiej późno, niż wcale, głównie dlatego, że miałam czas, żeby przekonać się jak bardzo publikacja, do której podchodziłam przynajmniej sceptycznie, wpływa na moje podejście do mniej lub bardziej istotnych spraw i jak często do niej wracam. Wierzcie mi, że potrafię wozić ją ze sobą między domem, mieszkaniem i wszystkimi innymi miejscami po drodze tylko po to, żeby po raz kolejny wrócić do danego fragmentu albo zdjęć, tak prostych w przekazie, że aż dobitnych (tak, całe to ‘less is more’ też łatwiej zrozumieć po przeczytaniu).
Dokładnie tę samą historię przeżyłam z blogiem Garance – odwiedzałam go od czasu do czasu, bo powinnam, bo przecież wszyscy go kochają albo po prostu, bo tak, żeby jakiś czas później rozpisywać się na fejsie o tym, jak okazał się być niewyczerpaną inspiracją, epatować niewymuszoną swobodą i prostotą i mieszać ze sobą tyle treści różnego rodzaju, że znudzenie się jest praktycznie niewykonalne. Z książką było mniej więcej tak: ‘przecież większość to obrazki, ergo, co tam można zawrzeć?’. No, wiem, dość to ograniczone z mojej strony. A potem znowu to samo - jakiś czas później wędruję z nią po całym województwie, żeby nie odcinać się mojego osobistego ‘uspokajacza’. Bo tak też działa – oprócz pisania o tym co powinno być w każdej szafie, jak zachowuje się Francuzka, której kopertówkę Hermes oblano drinkiem i jak dobrze wyjść na zdjęciu, Garance pisze o miłości, przyjaźni, rodzinie, pewności siebie i jej braku, podejściu do samej siebie i znajdywaniu tego co dla nas dobre, związkach (też kilku swoich) i karierach. Porównuje życie paryżan i nowojorczyków,  dodaje rady od siebie i kilki innych kobiet, które świadomie pokierowały karierami i opisuje swoją historię – jak rozwinęła blog, co ją skłoniło do jego założenia i ile zdarzyło się po drodze (to zdecydowanie najciekawsza część, pozostałe są jedynie zachwycające).  Zawiera w tekstach przemyślenia, które na czytelnika mogą działać wręcz terapeutycznie – momentami, czytając, myśli same się klarowały. Kto jeszcze nie czytał, szybko nadrabia!

Recently, someone’s made me realize how extremely wrong I was to post something about “How to be Parisian…” and skip “Love x Style x Life”. I’ve written before it was the book that made me think the other publications of this kind also might be valuable (it turned out I read them mainly to get convinced later that Garance remains unsurpassable. Yeah, I know how much time has passed since the premiere (first thought: silly me, should’ve posted it long time ago) but it helped me to realize how much a book that I treated skeptically at the beginning influences my life now, both in less and more important questions, and how often I get back to it.  Believe me when I say I always carry it with me; when I go home, back to the apartment and to all the places in between just to read a line or two again or see the pictures that are so simple and sometimes even distinct that there’s no need for anything more (yeah, that also made me get that whole ‘less is more’ philosophy).
I’ve had the same thing with her blog; first, I read it sometimes because everyone did, because I thought I should or just because, to later write the poems about on my Facebook page, find it a source of a unlimited inspiration and fall in love with its unforced simplicity and mix of so many different topics that getting bored seemed at least impossible. When I saw the book I was like: ‘there are only pictures inside, ergo, I’m far from being sure if I’m gonna like it’. Yeah, now I know how limited of me that was. Now I carry it all around the region, not to separate myself from my personal ‘calmer’ (cause that’s also how that book affects me). Besides all the lists of what should we have in our closets, descriptions of behavior of a French woman whose Hermes clutch was ruined and how to look flawless in a photography, Garance also writes about love, friendship, family, self-confidence or its lack, finding yourself, relationships (including hers) and careers. She compare the lives of  Parisians and New Yorkers, adds some tips from her and other women who consciously directed their lives and tells her story – how she developed her blog, what made her decide to start it and what happened in the meantime (this is my favorite part, the other ones are only amazing). In her writings, she includes the thoughts that work therapeutically on the reader (sometimes, I had my thought stand in line and get clear immediately while indulging myself with that book). Who hasn’t read it yet, catch up quickly!




2.      Deadpool

O, jakie to było dobre. Serio. Dla kogoś z tak chorym poczuciem humoru jak moje, to film marzenie. Po wszystkich produkcjach o superbohaterach na wstępie spodziewam się albo sztywnego osiłka – herosa albo wersji sarkastycznej i z problemami. Ten zaczyna od podkreślenia, że z bohaterem nie ma wiele wspólnego, za to super jest na pewno. Tak niedoskonały, niepoprawny i bezczelny, że nie sposób nie kochać go od pierwszych minut filmu. Po scenie z rysowaniem kredkami, kiedy siedzi na krawędzi wiaduktu (spokojnie, nie mówię już nic więcej) przepadłam zupełnie, zakochałam się i chcę więcej.
Podobno poziom ‘zajarania’ Deadpool’em zanim wszedł do kin sięgał zenitu, z tym, że mnie zupełnie to ominęło (no, nie miałam pojęcia kto to/co to). W związku z tym nie miałam okazji, żeby wyrobić sobie w głowie obraz, z którym mogłabym później skonfrontować to, co zobaczę. I super, bo nastawiając się zupełnie na nic, z każdą minutą oglądania mój humor był coraz lepszy (nie był najgorszy, kiedy zaczynałam, więc wierzcie mi, że pod koniec, było już naprawdę nieźle). Ryan Reynolds w wersji ‘trochę psychol, trochę bohater’ jest zdecydowanie wart półtorej godziny. Polecam, Marta Lipke.

Oh my gosh, how good that was! Seriously. For someone with a sense of humor as twisted and, let’s use an euphemism, unusual as mine, this movie was a dream! After all these superheroes productions, I start with an expectation of a muscleman – demigod or a sarcastic version of a hero with problems. This one begins with an emphasis that he’s surely not a hero. You’ll quickly realize he is super. So incorrect, imperfect and as cheeky as you can imagine, that it’s simply impossible not to love him. After the scene when he draws something while sitting on a verge of an overpass (chill out, I’m not saying anything more), I was knocked down, fell in love completely and want more.
I heard that before ‘Deadpool’ was in theaters, the level of common excitation was reaching its maximum. The problem is, it never reached me. Honestly, I had no idea who / what Deadpool was. Eventually, I had no concrete image of what I expect from the film which turned out to be my blessing. With no high hopes (or any hopes), I could simply enjoy every minute of the projection and love it more and more with every scene. My humor was really satisfying when I started watching, so you can imagine what it was like in the end. Ryan Reynolds in a ‘a bit of a psycho, a bit of a hero’ version is definitely worth an hour and a half. I strongly recommend, Marta Lipke.


3.      The Dressmaker

Droga Kate, kocham Cię.
Dawno nie widziałam filmu, podczas którego zaniemówiłam, bo zupełnie mnie zaskoczył, a takiego, gdzie dodatkowo śmiałam się do rozpuku i płakałam, nie widziałam chyba nigdy. A z tym właśnie tak było z tym. Pierwszy raz usłyszałam o ‘Projektantce’ jesienią, kiedy YouTube był tak uprzejmy i postanowił wyświetlić mi zwiastun. Pierwsze, co pomyślałam to, że połączenie australijskiej pustyni i Kate wyglądającej jak żywcem wyciętej z Paryża lat 50. jest ekstremalnie dziwne. I że muszę to zobaczyć. Postanowiłam czekać, aż wejdzie na ekrany, a chwilę później zupełnie o tym zapomniałam. Parę miesięcy później usłyszałam jak moi znajomi dyskutowali o nim, dosłownie podskakując na fotelach. Zaczęłam krzyczeć, żeby więcej nie mówili (dzięki nim dowiedziałam się, co stało  się w nowych Gwiezdnych Wojnach, zanim zdążyłam pomyśleć o ich obejrzeniu, więc wolałam uważać), a następnego dnia włączyłam „Projektantkę”.
Jest wielowątkowy, a jednocześnie bardzo spójny, osadzony w pewnej konwencji, ale zbudowany na kontrastach (wystarczy spojrzeć na zestawienie scenografii i kostiumów). No, właśnie. Kostiumy. Margot Wilson odpowiedzialna za kreacje Kate dopiero przy tym filmie wykorzystała belę włoskiego, czerwonego jedwabiu, który kupiła przed 20 laty. Jedyne co mogę powiedzieć, to że efekt jest wyjątkowy, resztę po prostu widać.
Kate jest tu boska (no, wiem, zachwycam się jak psychofanka), Liam Hemsworth to przyjemne, bezpretensjonalne uzupełnienie, a sama fabuła jest przynajmniej niebanalna. A, no i nie wiem czy już wspomniałam: TE KOSTIUMY!!!!!

Dear Kate, I love you.
For a while, I haven’t seen a movie that surprised me so much I was speechless, and a movie that additionally made me laugh so hard and also cry… I think I’ve never seen anything like this. And ‘The Dressmaker’ was that exactly. I first heard of it in the fall, when YouTube was so nice and automatically showed me the trailer of it and then thought how strange the compilation of an Australian desert and Kate Winslet looking like cut from Paris in the 50s’ was. Also I thought I had to see that. And later forgot. A couple of months later, I heard my friends chatter about it and literally jumping on their chairs in the same time. I started to yell they shall not say anything more (they told me what happened in the newest Star Wars before I even thought of watching them, so I chose to be provident this time) and watched ‘The Dressmaker’ the next day.
It’s multithreaded and consistent in the same time. Based in a certain convention but built out of contrasts (mind the combination of scenography and the costumes). Oh, yeah… The costumes. Margot Wilson who was responsible for the Kate’s closet finally used a roll of Italian red silk she bought almost 20 years ago to create a dress for this movie (it didn’t seem right for any film before). All I can say is that it turns out special. The rest you should see yourself.

Kate is simply divine (yeah, I know I start to sound like a psychofan), Liam Hemsworth is a pleasant, unpretentious supplement and the plot is at least remarkable. Oh, yeah, and I’m not sure if I already mentioned THOSE COSTUMES!!! 


Images via clothesonfilm.com and Google Image 

Sunday, April 17, 2016

Style essentials #2





Raczej nie kryję się z miłością do białych koszul. W sumie to jestem w tej kwestii dość ostentacyjna. Wspominałam Wam o tym tutaj. I tak jak zimą zakochana byłam w czarnym golfie, tak wraz z przyjściem cieplejszych temperatur, praktycznie nie ma tygodnia, żebym nie miała na sobie białej koszuli. Wierzcie mi, że są dni, kiedy naprawdę walczę z sobą, żeby nie założyć jej kolejny dzień z rzędu. Z tym też związanych jest kilka moich najnowszych pomysłów, o których mam nadzieję, już niedługo będę mogła napisać, i moje ostatnie, cotygodniowe wizyty w second-handach (ilość białych koszul w szafie gwałtownie wzrasta).

Kiedyś koszula, zwłaszcza biała, była wyłącznie bielizną, dzisiaj stanowi samodzielną część garderoby. Tak, Drogie Panie, po raz kolejny podziękujmy cioci Chanel – prekursorki podbierania rzeczy z szafy swojego chłopaka, która nie omieszkała zauważyć, że owinięcie się białą bawełną jest znacznie wygodniejsze, niż wiązanie gorsetu.

Dziś biała koszula jest trochę jak kameleon – może być ekstremalnie oficjalna w eleganckiej wersji (jak przykładowo wersje projektu Caroliny Herrery – ideały!). Za to z podwiniętymi rękawami, trochę wciągnięta w spodnie, a trochę nie, będzie Twoim najlepszym przyjacielem na snucie się po domu (moim jest). Może być ucieleśnieniem zwrotu ‘klasyka’ albo można ją zdekonstruować. Pozwala być bezkarnym w jej noszeniu. Zezwala dosłownie na wszystko!

***

I’ve never really hidden my love for white shirts. You could’ve realized that here. Actually, I’m quiet ostentatious about it. And maybe you remember that I fell in love with black turtleneck during winter. In spring, white shirts have conquered my heart again. I don’t think there has been any week recently when I skipped mixing white shirt with other garments. Trust me, I sometimes have a serious problem to tell myself: ‘don’t touch it! You wore it yesterday. And the day before!’. Also, white shirt is what some of my newest ideas are connected with and the reason why I started to visit some second-hand shops regularly. Oh yes, the amount of this kind of tops in my closet successively increases.

Years ago, white shirt was no more than underwear. Dear Ladies, we need to say ‘thank you’ again to our aunt Chanel who was first to steal some stuff from her boyfriend’s closet (including huge cotton shirts which she used to find much more pleasant than corset).


Nowadays, white shirt is a chameleon – it may be extremely official in its elegant version (look at those gorgeous designs by Carolina Herrera – pure perfection!) or rather cool with its sleeves rolled up and caught in pants, not entirely though. In this version, it may be your best friend while hanging around your place during afternoon (mine is). It can be an embodiment of what ‘classic’ is but also might get deconstructed. Allows to remain unpunished while wearing it. Simply lets us to do anything!

Tuesday, April 12, 2016

Spring shirt




“Kwiaty? Na wiosnę? Odkrywcze”.
(W tym miejscu przypomnij sobie pogardliwe spojrzenie Meryl Streep z “Diabła..” )

No, więc skoro wszyscy już wiemy jak oryginalnym i zadziwiającym zjawiskiem są kwiatowe wzory na wiosnę, to ustalmy też, że ja nie zamierzam odchodzić od normy w tym temacie i nadal będę się zachwycać tym, w jaki sposób moja siostra nosi takie koszule. Zwłaszcza te kwiatowe. Zwłaszcza na wiosnę.

***

‘Florals? For spring? Groundbreaking’
(And this is where you should think of Meryl Streep’s contemptuous look she gave that poor editor in “The devil…”)

Anyway, since we all know how unexpected florals for spring are, let’s put it clear  that I still cannot resist the mainstream and just love the way my sister wears this kind of shirts. Especially the floral ones. In spring. 



Sunday, April 10, 2016

Złowroga Ostryga poleca - książka na wieczór


„Kolejna książka paryżanek o paryskości” – to pomyślałam, kiedy w zeszłym roku usłyszałam o „Bądź paryżanką…” i postanowiłam wyprzeć ze świadomości fakt, że nagle wszyscy chcą być bardziej francuscy, niż Francuzi. Co się zmieniło od tego czasu? A to, że wyszła książka Garance Dore, względem której moje uczucia to już chyba miłość. Skoro jej się udało przygotować (celowo piszę przygotować, bo „napisanie” książki, gdzie cytaty i zdjęcia pełnią rolę równie istotną, jak teksty autorki, to określenie zarówno niepełne, jak i trochę na wyrost) książkę przemawiającą do tysięcy kobiet, prostą w przekazie, momentami dobitną (w najpozytywniejszym ze znaczeń), to może pora zrewidować poglądy i dać szansę też kolejnej? W związku z tym, widząc ją w Empiku, rączka sama powędrowała w jej kierunku (tym bardziej, że zdążyłam poczytać kilka opinii – od ekstremalnie pochlebnych, po te, że „’paryżanka’ nie zachwyca” i bardzo chciałam sama przekonać się o co chodzi). I co się okazało?

Zdaje się, że paryżanka jest w gruncie rzeczy dramatycznie wręcz romantyczna. Nie w oklepanym znaczeniu – przecież to feministka, nieugięcie walcząca o równość! – ale w znaczeniu werterowskim, trochę cierpiąca, melancholijna, radząca sobie z ciężkim losem. Jednocześnie nikt, tak jak ona nie potrafi docenić prostej przyjemności siedzenia na ławce przed domem, wystawiając twarz do słońca czy zjedzenia bagietki obserwując przechodniów.

Co jest sekretem tej książki, a zatem całej, mitycznej już paryskości? Jak dla mnie, to upraszczanie. Nie sil się, nie komplikuj, kieruj się prostotą. Znajdź przyjemność w trywialnych czynnościach, nie zapominaj o sobie na co dzień. To nie znaczy, że masz rezygnować z marzeń czy planów. Po prostu planując podróż życia, zaciągaj się zapachem nowej książki i ciesz nim.

Piszą o kwestiach miłości, nagości, ale też ubrań czy jedzenia. Feminizm i kurtuazja? Autorki udowadniają, że nie wykluczają się, a uzupełniają. Uczą jak być niezależną, jednocześnie ciesząc się z bycia u czyjegoś boku. Przygotowanie przyjęcia, sposób w jaki traktujesz swoje ciało? Tak, o tym wszystkim wspominają. I radzą - rób spektakl ze zwykłych czynności, ale nie rób teatru ze swojego życia. Kochaj najbliższych, ale nie zapominaj o związku z samą sobą. Nie myśl o tym jak o sprzecznościach – układaj swoje życie po swojemu. Uczą doceniać samotność, granatowe sweterki, czerń i rytuały pielęgnacyjne przekazane przez mamy czy babcie. Nie mówią jak pokochać swoje niedoskonałości, bo wierzą, że silne kobiety już to wiedzą. Raczej delikatnie nam o tym przypominają.

Kobietom łatwo znaleźć w tych tekstach kilka swoich cech. W moim przypadku, na przykład bycie nieznośną. Albo to, że one kupują drogie buty i nigdy ich nie pastują, a ja kupuję skórzane, wytłaczane we wzory zakładki do książek, mimo to, czytając tą, zakładałam ją paragonem z drogerii.
To taka książka na godzinę czy dwie wieczorem (dosłownie!) plus trochę przemyśleń, gdzie zdjęcia mówią prawie tyle samo, co teksty. Zawiera konkrety (dla mnie idealnie), bez zbędnego rozwlekania. Kawa na ławę, i tłumaczenia ograniczone do minimum.

Jak zbiór rad od najlepszej przyjaciółki. 

„Bądź paryżanką, gdziekolwiek jesteś”, Empik


‘How to be Parisian wherever you are’

„Another book about how to be Parisian, written by Parisians” – exactly what I thought when I first heard of it last year and decided to erase from my head the fact that for a while everyone had wanted to be more french than French. It’s been a year and by that time I had a chance to read Garance Dore’s ‘Love x  Style x Life’ and change my mind about ‘the french thing’. I stated that if my feelings for Garance and her book can be described as love, I could give a chance to another one. That’s how I decided to buy „How to be Parisian wherever you are”. And how did it turn out?

The Parisian seems to be dramatically romantic. Not popular meaning – don’t forget she’s a feminist who strongly fights for equality of genders! More Werther style – a bit in pain, melancholic, dealing with her hard life. On the other hand, no one else can enjoy the simple pleasure of sitting on a bench, while feeling the sun rays on her face and eating a baguette.

What is the secret of the book and, eventually, this whole mythical ‘french thing’? In my opinion, making it easy. Don’t complicate, don’t try to hard, follow the simplicity. Find pleasure in some trivial activities, don’t forget about yourself. It doesn’t  mean you should give up on your plans. Just try to enjoy the smell of a new book, while thinking of your dream journey.

The authors write about love, nudity, clothes, food. Bigger stuff, trivial stuff, whole range. Feminism and chivalry? Yeah, they don’t eliminate each other but fulfill. They teach you how to be independent while living by someone’s side. Throwing a party, the way you treat your body? Yeah, they consider all of that and more. And give advices – make a spectacl out of simple activities, however, don’t make a theater out of your life. Love your favourite persons but never forget about yourself. These are not contradictions – just live your life the way you want to. They teach to appreciate solitude, black, navy blue sweaters ans beauty rituals our mothers told us about. And to love our imperfections.

Women who read it can easily find their own characteristics in the book. For example, I found my being unbearable. Or the fact the Parisians buy shoes they can barely afford and never have them polished. I buy leather bookmarks and still marked this one with a drugstore receipt.


It’s a book for an evening; an hour or two (literally) and some time for analysis. The pictures say as much as the lyrics. It’s filled with concretes (personally, I love it) and not many unnecessary explanations. Mainly specifics. Like a bunch of advices from your best friend. 

Sunday, April 03, 2016

Four steps to make dressing up easy




Po pierwsze, lenistwo. Czasem jest najlepszym bodźcem do połączenia czegoś w zupełnie zadowalający zestaw. Lenie to często najlepsi pracownicy, bo, jak nikt, znajdują najprostsze rozwiązanie problemu. Dlaczego nie miałoby to działać na innych płaszczyznach? Zamiast poświęcać czas na dobór skomplikowanego zestawu, silenie się na ‘przemyślany eklektyzm’, spróbuj prościej.  System 1 + 1 + buty zwykle działa (na co dzień oczywiście). Dżinsy, coś na górę i buty, które lubisz.  Jakież to proste, prawda? 
Po drugie. Przejrzyj nieswoje szafy. Fantastycznie, jeśli masz możliwość pogrzebania w garderobie mamy czy babci i wierz mi, że w żadnym sklepie nie znajdziesz tego, co taka garderoba ma do zaoferowania. Szafy mają jedną zaletę, która daje im znaczną przewagę nam butikami, nawet tymi vintage. Ich zawartość należy do konkretnej osoby, o ukształtowanym już stylu, który był wyrabiany przez lata, a to znaczy, tyle, co znalezienie tam pasujących do siebie elementów. Taka szafa jest jak pudełko puzzli – układanka w kawałkach. Wystarczy je połączyć i masz przemyślaną całość. O sklepach vintage, czy innych tego typu miejscach, mimo całej mojej miłości i uwielbienia, nie mogę tego powiedzieć. One są pudełkiem puzzli z różnych kompletów. Bluzkę ze zdjęć znalazłam w szafie mamy. Póki co, mogę ją najwyżej czasem pożyczyć, ale wierzcie mi, że większość rzeczy z czasem się nudzi, a wtedy nie wykorzystać takiej okazji to zwykłe marnotrawstwo. Toczek z woalką z poprzedniego stulecia? Bluzka ręcznie wyszywana perełkami? Skórzane torebki, eleganckie rękawiczki? Wierz mi, że takie źródło trzeba doceniać. Przechodzące z pokoleń części garderoby, czasem lekko przerobione, unowocześnione to coś rewelacyjnego. Korzystaj z tego!

Po trzecie, spójność. Tutaj przechodzimy do zagadnienia stylu; co to właściwie jest, na czym polega, kto go ma, kto nie, itp. To temat na inny, dużo dłuższy post, ale nie mogę nie wspomnieć o czynniku, który w moim odczuciu przesądza w tej kwestii – spójności. Styl to taki trochę obrazek – sama decydujesz, co na nim będzie, wszystko to jest zgodne z twoimi upodobaniami, preferencjami, gustami. Dodajesz co chcesz, trzymasz się tego. Stwierdziłaś, że kochasz koszule? Noś je non stop. Jesteś jednym z tych szczęśliwców, którzy ujarzmili wzory i rzeczywiście potrafią je nosić? Idź krok dalej. Łącz ze sobą różne. Nosisz tasiemkę we włosach albo męskie buty? Miej kilka. Dowiesz się, ile to przyjemności mieć świadomość, że znalazłaś coś tylko swojego, opanowałaś noszenie tego do perfekcji, masz swój styl. Mając spójność na uwadze, idź krok dalej, rozciągaj na inne płaszczyzny to, co wypracowałaś. Sposób poruszania się, zawartość torebki, książki, to, jak mieszkasz, czego słuchasz, modelowanie głosu. Ubrania to bardzo istotny, ale ciągle mały wycinek własnego stylu. Ale o tym spróbuję napisać w oddzielnym poście.

Po czwarte, zakochaj się w ubraniu. To ekstremalnie proste. Mówię o poszczególnych elementach – bluzce, szalu, czymś, czego noszenie sprawi ci przyjemność. Mając na sobie element, który naprawdę ci się podoba, nabierasz przekonania, że świetnie wyglądasz, dodaje ci to pewności siebie. Zyskuje twoja postura, proste plecy i lekki uśmiech dopełniają całość. Ruszasz się zgrabniej, bo zwyczajnie cieszysz się, że masz na sobie coś pięknego. Mała rzecz, a cieszy. Serio. Tak miałam z tą bluzką (podobała mi się tak bardzo, że nie przyszło mi do głowy, żeby zrobić zdjęcia w czymkolwiek innym, nieważne co bym usłyszała). Nawet nie pomyślisz o tym, co  można by pomyśleć o tym, jak wyglądasz, bo zwyczajnie cię to nie interesuje. Grunt, że sama czujesz się świetnie w tych idealnych spodniach, czy żakiecie marzeń. A kiedy tak myślisz, otoczenia widzi głównie to, jak pewnie się zachowujesz. Same plusy.

Żeby nie być gołosłowną; to dokładnie cztery kroki, które od pewnego czasu staram się stosować. Pierwszy jest u mnie wrodzony, więc nie mam z tym problemu. Drugi idzie mi najlepiej, bo to czysta przyjemność. Czwarty po prostu sam przychodzi od czasu do czasu. Spójność z trzeciego, to coś, co wymaga nie tyle pracy, co kilku świadomych decyzji i chwili zastanowienia się, a w moim przypadku, jeszcze metody prób i błędów. To raczej długotrwały proces, niż jednorazowa akcja, ale tak jak pozostałe, znacznie upraszcza całą kwestię ubierania się.

Spróbuj, zobaczysz jakie to proste.





VINTAGE Blouse / CROSS Jeans / ALDO Shoes

Thursday, March 03, 2016

Panda's hug






Images via Google Images and Instagram


Coming back to the most prosaic of the blog’s content – CLOTHES!!!  
Yeah, I guess all have those little habits or customs.  I have using the Garamond font and pouring some milk to my coffee almost every time and when it comes to garments I have two pieces my life would be quite sad without. And it’s becoming one of those little rituals I practice every time I get back home; Nike running leggings I’d like to never take off and SWEATERS! All of them.

I do realize it may sound not much like the chicest outfit you can imagine but let’s put it clear; there are some priorities. And feeling like being hugged by a panda bear is definitly on the top of hierarchy. And that is exactly what a proper sweater can offer you. Not an artificial, poliester one; wearing those can be usually comparable with wrapping yourself with a piece of barbed wire. A nice woolen or cashmere one (yes, genuine cashmere, some day I’ll get you!). If you treat it right, it will provide you with a level of comfort and bliss that no other garment can deliver. Trust me.

I’m pretty sure not so long ago I wrote something very similar to this but it only shows how powerful my adoration is. Cause tell me; is there anything more pleasant than coming back home, taking off the clothes you’ve been torturing yourself with for whole day and putting on the coziest of clothes? It’s like a little panda was waiting by your door to grab you with his furry arms and say ‘I missed you’. Think of this: the rain starts on your way back home, you get really soaked off before getting there and then, finally, it’s time for a hot shower, some nice smelling body balm and wrapping yourself with a little woolen piece of heaven. It’s a definition of paradise, wouldn’t you agree?


Wróćmy na trochę do najbanalniejszego z tematów – CIUCHÓW!!!
Mam kilka małych przyzwyczajeń. Zakładam, że każdy ma. Takie bzdety jak automatyczne przestawianie czcionki z domyślnej na Garamond, kiedy mam coś napisać i dolewanie mleka do kawy. Mam też kilka jeśli chodzi o ubrania. Od pewnego czasu, po przyjściu do domu biegnę po ubrania, bez których życie byłoby możliwe, ale znacznie smutniejsze – legginsy Nike do biegania i SWETRY!!! Wszystkie!

To nie brzmi jak najszykowniejszy zestaw, o jakim można pomyśleć i doceńcie, że zdaję sobie z tego sprawę, ale umówmy się – są pewne priorytety. Poczucie się, jakby przytulała nas mała panda jest na samym szczycie w tej hierarchii, a to dokładnie to, co może zaoferować nam odpowiedni sweter. Niekoniecznie poliestrowy, bo te często zapewniają doznania porównywalne z owinięciem się drutem kolczastym, ale wełniany czy kaszmirowy (tak, prawdziwy kaszmirze, kiedyś w końcu cię dorwę!). Wierzcie mi, że jeśli traktujecie sweter odpowiednio (czyt. z miłością i troską), on odwdzięczy się zapewnieniem Wam komfortu, ciepła i wszechogarniającej błogości. Po prostu bajka.

Jestem prawie pewna, że nie tak dawno pisałam coś dość podobnego, ale to chyba świadczy o tym, jak silne jest moje uwielbienie dla wełny. W sumie sami powiedzcie; jest coś przyjemniejszego niż wrócenie do domu, zrzucenie ubrań, w których trzeba było męczyć się większość dnia i w końcu wbicie się w sweter? Przecież to tak, jakby mała panda rozpościerała przed nami ramiona przy samym wejściu do domu! Albo wyobraźcie sobie to: łapie Cię deszcz, wracasz przemoknięta, pierwsze co, biegniesz pod gorący prysznic, wybierasz jakiś pachnący balsam do ciała, a na koniec owijasz się wełną. Nie zgodzisz się, że to jak definicja nieba? 

Monday, December 28, 2015

Style essentials #1


I admit, black turtleneck has become my favourite garment recently. It doesn’t really matter if you need something elegant, casual or just a background for some more challenging pieces, turtleneck will not disappoint you. There’s not many clothes as universal and chic at the same time. And black turtleneck seems very chic to me… What do you think of this combination?

Czarny golf to najprostsze, a jednocześnie meeeega szykowne rozwiązanie. Niezależnie od tego czy potrzebujesz czegoś eleganckiego, codziennego czy po prostu dobrego tła dla innych ubrań, wierz mi, że golf się sprawdzi. Co myślicie o takim połączeniu? 







ZARA loafers / second – hand turtleneck