Strony

Sunday, March 05, 2017

"Biznes z pasją" - wywiad z Coolawoola


Redaguję ten wywiad ubrana w ogromny, wełniany sweter. Niby wiosna tuż, tuż, ale jeszcze jest chłodnawo, poza tym lubię mieć otwarte okno, gdy piszę. Dziś robię z niego mój własny, osobisty kokon – ciasno otulam się wełną i niemal natychmiast czuję, jak robi mi się cieplej. To moja Coolawoola. Zaprojektowana na planie koła, zszyta z pięćdziesięciu kawałków materiału, noszona przeze mnie jako sweter albo płaszczyk, w zależności od potrzeby. Coolawoola jest absolutnie wyjątkowa, a ja chcąc odkryć na czym polega jej fenomen, zadałam kilka pytań jej projektantce.  Zapraszam Wam na inspirującą rozmowę z Leną Majewską, twórczynią marki Coolawoola, o prowadzeniu własnej firmy, czerpaniu motywacji i o tym, jakie znaczenie ma dziś recykling.



Skąd wzięła się Coolawoola?

Pomysł narodził się jakieś pięć lat temu, w moim rodzinnym domu. Moja mama, która jest fantastyczną krawcową, pokazała mi prace dziewczyny ze Stanów, która zszywała ze sobą kawałki materiału. Bardzo spodobała mi się taka odwaga i ekspresja łączenia, jednak to nie był mój styl. To były długie płaszcze, w średniowiecznym wydaniu, a ja poszukiwałam swojej własnej formy. I tak pojawiła się u mnie formuła koła. To praktyczne, bo taką Coolawoolą można się otulić, rozrzucić jej poły za sobą, nosić do góry nogami, ale ma to też wymiar symboliczny – jestem nauczycielką tańca, więc to nie przypadek, że Coolawoola tańczy z tym, kto ją nosi. Na wieszaku swetry nie wyglądają tak atrakcyjnie, jak na kobiecie. One dostają życie w momencie, kiedy klientki zakładają je na siebie, noszą po swojemu. Ciekawie jest, kiedy wzór ma wiele zastosowań i można go odkryć na różne sposoby.

To wywiady pod hasłem „Biznes z pasją”. Czy w Twoim przypadku pasja odegrała rolę?

Dla mnie pasją jest tworzenie czegoś żywego, co ma swoje przeznaczenie, jest potrzebne. To przejawia się to poprzez kontakt z klientkami - momenty, kiedy kobiety wybierają swoje własne Coolawoole albo kominy i wyglądają w nich idealnie bardzo mnie napędzają.

To Twoja motywacja?

To jest największa radość! Ta chwila, kiedy widzę, że ubranie idealnie leży i jednocześnie mam świadomość, że to nie jest tylko ciuch, ale też coś z duszą, stworzone specjalnie dla tej jednej osoby. Jakiś czas temu, na targach, rozwieszałam Coolawoole i trafiłam akurat na zielono – fioletową. Powiedziałam wtedy do koleżanki, że nie mam pojęcia kto to kupi. Po pięciu godzinach zjawiła się klientka, ubrana na zielono – fioletowo, przymierzyła Coolawoolę i wyglądała w niej doskonale. Moja koleżanka stwierdziła wtedy, że znałam tę kobietę zanim ją poznałam – wtedy, kiedy projektowałam ten płaszcz. To jakiś rodzaj magii, taki, który daje dreszcze na ciele. Uwielbiam te momenty.


Skończyłaś ASP. Do jakiego stopnia Twoje wykształcenie wpłynęło na to co robisz, a czego studia Ci nie dały?

Zacznę od tego czego nie dały. Według mnie jest tam zdecydowanie za mało marketingu, nauki umiejętności sprzedania swojej pracy. To coś, co artystom będzie zawsze potrzebne, żeby działać twórczo i pozostać niezależnym. To luka, którą mogłyby wypełnić osoby takie jak ja – pójść na ASP i podzielić się ze studentami swoimi doświadczeniami skąd, na bardzo wczesnym etapie działalności, czerpać wiedzę na temat prowadzenia biznesu. Ja sama zajmuję się techniczną stroną funkcjonowania marki. Tutaj w grę wchodzi marketing, zarządzanie, czasami zarządzanie innymi ludźmi, kontakt z klientami. Dla mnie każdy aspekt związany z Coolawoolą jest przyjemny, więc polubiłam i tę część, ale musiałam nauczyć się wszystkiego sama. Parę razy mocno się przewróciłam, ale w końcu uczysz się na błędach. To co studia mi dały, to na pewno myślenie projektowe, twórcze podejście i szerokie kontakty z ludźmi z ogromną wyobraźnią. No i wszystkie kwestie związane z kolorem. Ja kończyłam architekturę wnętrz, ale mieliśmy też zajęcia z malarstwa, a to bardzo silna podstawa dla tworzenia Coolawooli. Całe studia były ogromną przygodą, zrozumiałam wtedy, że całe życie można się uczyć. Teraz mam poczucie, że ciągle chcę się rozwijać, ale nie dlatego, że będę stała w miejscu, jeśli czegoś nie zrobię, ale dlatego, że to niesamowite przeżycie. To próbowanie, eksperymentowanie, to nieustanny proces, który bardzo nas otwiera.

Po wszystkich tych eksperymentach wybrałaś tworzenie Coolawooli. To, że są one tak oryginalnie było Twoim celem czy raczej dziełem przypadku?

Ta forma sama się taka narodziła. Ja, jako projektantka i przedsiębiorca musiałam ją nazwać i określić, żeby później móc komunikować się tym językiem z klientami i podkreślić, że unikatowość to jedna z większych wartości, jakie ten design za sobą niesie, ale nie było to założeniem. To, że każdy egzemplarz jest inny wynika już samo z siebie, bo nawet gdybym bardzo chciała, nie dam rady zrobić dwóch takich samych swetrów. Nie zamawiam bel materiału, tylko dostawy swetrów, w których nigdy nie wiem co znajdę. Czasami trafią się dwa identyczne sweterki, ale to naprawdę rzadkość, która i tak nie pozwala na odtwórcze działanie. Wyzwanie pojawia się przykładowo, kiedy ktoś zamawia dziesięć czerwonych Coolawool i trzeba znaleźć tyle czerwonej wełny. 

Na co zwracasz największą uwagę szyjąc Coolawoole? Na jakim efekcie zależy Ci najbardziej?

Zwracam uwagę na to, żeby jakość tych ubrań była naprawdę wysoka. Ludzie czasem mówią „to jest ze starych swetrów”, ale nie biorą pod uwagę jak dużo można jeszcze z tych materiałów stworzyć. Wełna jest bardzo trwała, szczególnie ta czystej mieszanki, jak merynos czy kaszmir. Te ubrania są świetnej jakości, bo sam materiał jest bardzo trwały. Bawełny nie dałoby się tak odzyskać, bo jej jakość bardzo spadła, szczególnie ostatnimi czasy.

Wełna jest bardziej szlachetna?

Zdecydowanie. To bardzo trwały materiał. 


Jakie są kroki powstawania Coolawooli?

Najpierw kupuję wełnę. Dostaję kilka sweterków, które najpierw są prane, a potem zamrażane. Wełna reaguje na przymrożenie – włókna stają się sprężyste i odświeżone. Następnie sweterki są pocięte i to jest pierwszy proces twórczy, bo trzeba przemyśleć jak zrobić wykrój, żeby nie wyrzucić pół swetra. Ja robię to prawie bezodpadowo. Najmniejsze kawałeczki, jakie wykorzystuję mają po parę centymetrów, robię z nich broszki albo mitenki. Z tych fragmentów składany jest wzór, który następnie jest kompresowany i przewożony do krawcowych, które go odszywają. Całość jest kilkukrotnie prasowana, bo każda doszyta część musi zostać potraktowana żelazkiem. To kolejny proces termiczny, jakiemu poddana jest wełna. Gotowa Coolawoola wraca do mnie, jest pakowana w paczkę i wysyłana gdzieś w świat, do Stanów czy Japonii albo zostaje na wieszaku i jedzie ze mną na targi. Obserwuje teraz taką tendencję, że ludzie są dużo odważniejsi w kupowaniu online, uważają, że to nie jest duże ryzyko, ale na targach zawsze możesz dotknąć, przymierzyć.

Potrafisz opisać swój typowy dzień?

Przede wszystkim przychodzę do pracowni i projektuję. To taka moja medytacja. A szczerze mówiąc, to ostatnio ciągle gaszę pożary – czasami umknie mi mail albo coś wypadnie z głowy. Teraz kiedy jestem wypromowana na Etsy, muszę gasić je jeszcze szybciej. Zima to okres sprzedażowy, z kolei lato jest trochę martwe na tym polu – wtedy mogę na spokojnie zająć się warsztatami.

Co najbardziej cenisz sobie w takim stylu pracy?

Wolność twórczą, ale też relacyjność. Z każdym sweterkiem możesz mieć pewną relację. Tnąc go, myślisz kto go nosił, a widząc, że był parokrotnie zacerowany, zastanawiasz się czy był dla kogoś cenny. To bardzo osobiste. Mam też w głowie, że to co robię jest ekologiczne – ubrania dostają, drugie, bardzo fajne życie, zamiast zostać po prostu wyrzucone.

A czy to, że nie masz szefa ma dla Ciebie znacznie?

Ciężko powiedzieć, bo nigdy nie miałam szefa. Może tylko przez chwilę w szkole tańca, ale tam też miałam dużą swobodę. Wiele razy miałam myśl, że mogłabym pracować gdzieś na etat, zarzucałam sobie, że tak nie jest, ale zawsze dochodziłam do wniosku, że to do mnie nie pasuje. Taka praca jak moja wymaga dużej odporności na stres – nie wiem przecież jak projekty będą sprzedawały się za miesiąc czy dwa, ale to jest moja droga. 


Masz jakąś filozofię albo myśl przewodnią, którą się kierujesz?

Ostatnio podoba mi się bardzo zdanie „slow down to the speed of life” i cały czas to praktykuję. Uznałam, że będę działać we własnym tempie, a nawet jeśli nie będę stale podnosić poprzeczki i przeskakiwać samej siebie, to świat się nie zawali. Odkrywam swoje tempo, dostosowuję się do niego i jest mi z tym dobrze. Kiedy czuję, że za bardzo przyśpieszam, mówię sobie: „zwolnij”.

Jakie znaczenie ma dla Ciebie recykling?

Myślę, że to był bodziec, żeby zacząć projektować Coolawoolę. Pomyślałam, że to same wartości dodane – tani materiał (potem okazało się, że wcale nie jest taki tani, biorąc pod uwagę wszystkie procesy, które musi przejść), odzyskiwanie tworzywa, bycie ekologiczną. Zaczęłam zgłębiać informacje ze świata i w pewnym momencie zauważyłam, że to jest moja misja. To fascynujące, kiedy obserwujesz twórczych ludzi, wykorzystujących materiały po raz drugi. Ja pomyślałam, że chcę uprawiać taki zwykły recykling w swoim domu i to okazało się dla mnie bardzo naturalne. Nie jestem unikatowa na rynku. Jest wielu producentów, którzy nawet jeśli nie używają odzyskanych materiałów, to stawiają na ekologiczną bawełnę. To odpowiedź na rynek – konsumenci przerazili się ile chemii można znaleźć w zwykłej bawełnie i zaczynają uważać na to, co na siebie wkładają. To w pewnym sensie nieuchronny proces i wiem, że będziemy zmierzali w stronę takiego ekologicznego rozwoju. Może teraz moja działalność jest w jakimś stopniu prekursorska, ale za dziesięć lat to stanie się naturalne.

A slow fashion?

To trochę oczywistość. Nie możesz przyśpieszyć procesu, który się tu dzieje. 


Masz poczucie, że uświadamiasz swoich klientów?

Tak, pierwszym uświadomieniem jest cena. Czuję się w obowiązku, aby ją uzasadnić, ale nie po to, żeby się wytłumaczyć, ale żeby opowiedzieć. Kiedy klienta to zastanawia, staram się nie wchodzić w mentorską narrację, ale jeśli trafiam na odpowiednio otwartą osobę, możemy porozmawiać o tym, ile jej zdaniem jest warta ta praca. Odszywanie to frajda – widzisz jak kawałeczki wełny zaczynają tworzyć całość, sweter rośnie w twoich rękach – ale to też cenny czas, a skoro ludzie cenią swój czas, to dlaczego nie mają cenić czasu osób, które to odszyły? 


Jakie masz dalsze plany dotyczące Coolawooli?

Coolawoola w obecnej formie na pewno zostanie, ale po ostatnim wyjeździe do Brukseli odkryłam moją nową naturę – modern. Teraz chciałabym łączyć wełnę w zupełnie nowy sposób, bardzo geometrycznie i wydobyć przeszycie na zewnątrz, na przykład odblaskową albo złotą nicią na czarnej wełnie. Mam wielką ochotę uszyć coś dla moich synków i myślę, że to właśnie powinno być geometryczne, wyraziste. Do tej pory kiedy próbowałam uszyć męski model, zawsze wychodziło mi coś kobiecego, a może to właśnie nowa formuła zszywania wełny zaowocuje Coolawoolą dla panów. Oni zgłaszają pretensje na targach, że są niesprawiedliwie potraktowani, bo dla nich są tylko skarpetki albo t-shirty, a to stanowczo za mało. No i kolejna projektantka Coolawoola – sama przestaję się wyrabiać, a skomponowanie fragmentów zabiera naprawdę wiele czasu. Jest też ogrom innych pomysłów. Uzbierałam na przykład cały stosik wełny w panterkę, w różnych rozmiarach, ale podobnej kolorystyce, i mam niesamowitą ochotę zrobić z tego płaszcz, taki dziki. Ostatnio przychodzą mi do głowy takie szalone pomysły.

A skąd je bierzesz? Te szalone pomysły?

Myślę, że one czekają na to, żeby się wydobyć. Wydaje mi się, że każdy z nas ma takie okresy w życiu, kiedy zachowuje się trochę bardziej zachowawczo, jego energia czeka, a potem eksploduje i przejawia się w formie czegoś niezwykłego. U kogoś kto ma naturę podróżnika to może wyrazić się wyjazdem do Afryki, a u mnie poprzez ekspresję w projektowaniu. Ja szyję płaszcz w panterkę.


Dziękuję Ci za rozmowę. 


Pracownia
ul. Bażyńskiego 28
Oliwa, Gdańsk

Na blogu Coolawoolę znajdziecie tutaj, tutaj i tutaj.

No comments:

Post a Comment