Raz, czasem dwa razy w roku dopada mnie ochota
na filmowe maratony. Jestem wtedy przygwożdżona do łóżka i nieustannie myślę o
tym, co włączę w następnej kolejności. Zwykle dzieje się to kiedy stres opada i
następuje nagłe rozluźnienie, mam chwilę wolnego czasu, a odkładanie obowiązków
na bok nie budzi wyrzutów sumienia. No, może nie aż tak solidnych jak zazwyczaj.
Co ciekawe, często zbiega się to z sezonem oscarowym (a to niespodzianka!).
Taki był właśnie ostatni weekend – czysty relaks i rankingi na filmwebie.
Pobłażanie sobie w najczystszej postaci. Te dwa dni przypomniały mi o dawno
zapomnianym postanowieniu, którego tym razem mam zamiar trzymać się zdecydowanie dłużej – minimum jeden nowy film w tygodniu (lista ‘do obejrzenia’
wydłuża się). Zostawiam Was z opisami czterech produkcji, które obejrzałam w ciągu
ostatnich dni (w jednym przypadku – tygodni). Mamy sezon filmowy w pełni – może
znajdziecie coś dla siebie, na jeszcze chłodny wieczór.
Monday, February 27, 2017
Sunday, January 08, 2017
Furry Story
Długo nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że
niezależnie od tego, o jakim futrzaku mówimy, sztucznym czy prawdziwym,
kolorowym czy neutralnym, długim czy krótkim, noszącemu zawsze towarzyszyć
będzie wrażenie przyciężkości. Futrzane kamizelki też raczej nie mówiły do mnie
„mamo”. Sensowne wydawały mi się jedynie obszycia kapturów (takie naprawdę,
naprawdę puchate) albo kolorowe etole ożywiające dość zachowawcze płaszcze (w
sieciówkah jest mnóstwo wersji w kolorowe ciapki :D). Do niedawna, bo wtedy
przejrzałam Harper’s Bazaar, kilka nowojorskich blogów i nawet grafiki Google, a
tam znalazłam futrzaczki w zupełnie nowej odsłonie – z dżinsami, t-shirtami i w
połączeniu z bluzą z kapturem. Świeżo, lekko i, jak się później przekonałam, o
matko jak ciepło!
Wednesday, December 21, 2016
Christmas week - Jadalne prezenty
Przedświąteczny tydzień w pełni, zatem
najwyższa pora na bożonarodzeniowe treści! Dziś będzie o prezentach!
Z roku na rok co raz ciężej znaleźć mi tę
świąteczną atmosferę, którą kiedyś wręcz chłonęłam już od pierwszych dni
grudnia. Tej zimy (dobra, nie oszukujmy się: jakiej zimy?!) postanowiłam trochę
sobie pomóc i wprawić się w odpowiedni nastrój przy użyciu ciasteczek (i nagrań
Sinatry). Wszystko to było częścią większego planu, a mianowicie zrobienia
czegoś, czego jeszcze nie próbowałam – przygotowania jadalnych prezentów.
W tym roku kilkoro moich znajomych dostało (lub
dopiero dostanie) słój ciasteczek lub domowej Nutelli. Dlaczego wzięłam się za
pieczenie zamiast buszować po sklepach? No i w tym miejscu rozwija się lista
zalet takiego rozwiązania. Po pierwsze, uważam, że takie przedświąteczne, nawet
symboliczne wręczanie sobie prezentów to niezwykle przyjemny rytuał. Świadczy o
pamięci, sympatii i uwadze osoby, która chciała coś nam podarować, a to budzi w
nas tylko ciepłe odczucia. Po drugie, nie mówię, żeby jedzeniem zastąpić
tradycyjne prezenty, a pod choinką zamiast udekorowanych pudeł stawiać piramidy
z czekolady (chociaż szczerze mówiąc, nie pogardziłabym taką), sama zamówiłam
prezenty w absolutnie niejadalnej formie i w sobotę zamierzam wręczyć je
rodzinie. Mówię, że ciasteczka będą ich uzupełnieniem – zamiast dokupywać w tym roku 10
czekolad i dorzucać po jednej do każdej paczki, stawiam na przewiązane kokardką
chałwowe ciastka, z doczepioną świerkową gałązką (to korzystniejsze i dla
żołądka, i dla portfela). Po trzecie (i najważniejsze), robiąc komuś prezent
własnoręcznie, piekąc dla kogoś ciastka czy mieląc fistaszki na domowe masło
orzechowe dajemy drugiej osobie coś, czego nie dołączymy do żadnego kupionego
prezentu – czas, który na to poświęciliśmy. Zawsze zależało mi na tym, żeby
prezent, który komuś wręczam był dostatecznie przemyślany i osobisty, a
pieczenie z myślą o konkretnej osobie to jedna z najbardziej osobistych
czynności. Czas i uwaga przelane w taki prezent, to bardzo cenny podarunek.
Wednesday, November 30, 2016
Otwarta Pracownia - Coolawoola & Magoku
Magoku i Coolawoola często pojawiają się na
blogu i wiem, że zagoszczą tu jeszcze nie raz. Kiedy znajdzie się coś pięknego,
unikatowego, stworzonego z największą dbałością, pasją i oddaniem trzeba się
tego trzymać, a przedmioty wykonane przez dziewczyny właśnie takie są. Pisałam
o tym już kilkakrotnie (posty z biżuterią Magoku i ubraniami Coolawoola
znajdziecie tutaj, tutaj i tutaj). Teraz dziewczyny poszły krok dalej i
wymyśliły coś naprawdę niesamowitego – Otwartą Pracownię.
Magda i Lena postanowiły pokazać trochę więcej
swojego świata, zdradzić kilka sekretów magokowych i coolawoolowych procesów
twórczych, odsłonić sposób w jaki pracują, jak się inspirują i jak tworzą.
Wymyśliły wydarzenie, podczas którego swobodnie dzielą się swoją twórczością,
pomysłami, ciepłem i energią, w miejscu, gdzie na co dzień dzieje się magia.
Obie działają zgodnie z filozofią slow
fashion, wiedzą na jakim efekcie pracy zależy im najbardziej, emanują
kreatywnością i zarażają podejściem.
Wednesday, November 23, 2016
Złowroga Ostryga poleca - Books for autumn
Mam deja vu. Mniej więcej o tej porze, w
zeszłym roku zbierałam się do napisania posta o skandynawskich kryminałach.
Dość opornie wtedy mi to szło i pamiętam ogrom ulgi, jaką odczułam, kiedy
dobrnęłam do ostatniego zdania. Pamiętam też, że cała ta szarość za oknem
zdawała mi się być odpowiednim klimatem do publikowania posta o książkach, do
tego w większości dość ponurych (ale bardzo wciągających). Teraz mam podobnie.
Im gęściej mży za oknem, tym kocyk i kryminał wydają się właściwszym
rozwiązaniem (zaczynam rozumieć cały ten fenomen jesiennych zdjęć rodem z
Pinteresta, wiecie, herbatka, kocyk, liście klonu na dywanie, książki, parapecik,
te klimaty), a to z kolei nakazuje znowu wrzucić coś z dopiskiem „Złowroga
Ostryga poleca”. Zostawiam Was więc z kolejnymi trzema tytułami.
I’m having a deja vu. Last year, around this time, I
was going to start writing a post about Scandinavian crime stories. I remember
it was really hard for me to get the flow and the relief I felt when I finally
finished the note. I also remember that whole that grey aura outside seemed to
be a very proper atmosphere for publishing a post about books (not very
cheerful ones to be honest, very captivating though). This is exactly how I
find it right now. The more heavily it
rains, the more I find blankets and books a right choice. I’m starting to
understand the phenomenon of all those fall pictures from Pinterest, you know,
hot tea, warm snuggie, maple leaves on a rug and books. All these factors made
me feel like I needed to recommend you some goodies again and here they are;
three books for autumn evenings: “The Martian” by Andy Weir, “The Bat” by Joe
Nesbo and “Lesio” by Polish author Joanna Chmielewska. Enjoy!
Etykiety:
andy weir,
books,
człowiek nietoperz,
czytanie,
jo nesbo,
joanna chmielewska,
książki,
lesio,
marsjanin,
recenzje,
rekomendacje,
relax,
slow life,
the bat,
the martian,
złowroga ostryga,
złowroga ostryga poleca
Monday, November 14, 2016
Autumn Outfit - Reversed Layers
Prawie rok temu pisałam o tym jak bardzo przydatny
jest czarny golf (w tym poście). To było chwilę po tym jak w lumpeksie,
niedaleko którego wtedy mieszkałam, w pewną środę (środy tam to ‘dni za trzy
złote’, kiedy wydaje się najmniej, a satysfakcję zyskuje się największą)
zbiedniałam o 6 złotych, ale zyskałam za to dwa sweterki – najprostsze golfy,
jakie tylko się dało, jeden biały, drugi czarny. Poziom szczęścia wzrósł mi
wtedy kilkakrotnie, a na kolejne trzy do czterech miesięcy solidnie zredukowałam
problem z cyklu ‘co mam dziś ubrać’.
Almost a year ago, I wrote a post about how useful a
black turtleneck is (in this post). It was just a moment after I visited a
second-hand store I lived nearby, on a Wednesday (Wednesdays are the day when
every garment costs 3 zlotys; small money, huge satisfaction), spent 6 zlotys
and got myself two of the simplest sweaters; one black and one white
turtleneck. I automatically achieved higher level of happiness and solidly reduced
my ‘I got nothing to where’ problem for next three of four months.
Saturday, November 12, 2016
For the foodies: Tarta z kamelizowanymi jablkami, żurawiną i solonym karmelem
Jesień momentami postanawia mi dokopać (no
wiem, jak każdemu) i wzbudza podejście w stylu: dzisiaj chyba nie jest mój
dzień. Albo tydzień. Dokładnie tak, jak teraz. Dziś nie bardzo wyszło mi bieganie,
średnio idzie mi pisanie, skupienie uwagi zdaje się graniczyć z cudem. Dobrze
wychodzi mi spanie i przesłuchiwanie starych playlist (przy okazji, playlisty
niedługo wrócą na bloga – za dużo odkrywam świetnych kawałków, żeby się nimi
nie podzielić). Ogólnie, ku uciesze bardzo wrażliwych na dźwięk sąsiadów (podejrzewam,
że również przechodniów), dziś zajmuję się testowaniem wytrzymałości głośników
i planowaniem czym zajmę się, kiedy przestanie mi się nie chcieć. A żeby nie spędzić całego dnia
kiwając głową w rytm (head banging to
dziś moja ulubiona aktywność) i bronić się przed stwierdzeniem, że jedyną
produktywną rzeczą, jaką dziś zrobiłam, było ugotowanie kompotu, postanowiłam
przygotować jedzeniowy post, z którego tak troszkę, troszkę jestem dumna, z
jednej prostej przyczyny – to pierwszy mój
przepis, tak od początku do końca.
Subscribe to:
Posts (Atom)
